Kawiarnia literacka: Renata Lis

Jedyna historia
Barnes – z bezbłędnym wyczuciem formy – napisał dokładnie to, co sobie zamierzył: powieść o miłości.

Co chwila spotykam kogoś, kto zachwyca się „Jedyną historią” Juliana Barnesa. Zupełnie jakby tę książkę czytała cała Polska. „Najpiękniejsza powieść o miłości” – można często usłyszeć. „Tak poruszająca, że po niej nie chce się czytać nic innego”. Dla pełnego obrazu odnotujmy istnienie malkontentów, których nowy Barnes rozczarował, ale ci są w mniejszości i działają jak szczypta soli dodana do potrawy: zaostrzają apetyt u tych, którzy jeszcze nie czytali, choć wkrótce to zrobią.

Ja też lubię Barnesa, ale lubię również Josifa Brodskiego i „Sztukę dystansu”, więc nie wiem, jak pogodzić radość z powszechnego uwielbienia dla autora „Papugi Flauberta” z nieufnością wobec owczego pędu. Bo przecież – jak twierdził Brodski – to, co podoba się wszystkim, musi być propagandą albo mieć inną skazę, ewentualnie zostało źle zrozumiane.

„Jedyna historia” propagandą nie jest, skaz również nie posiada. Barnes – z bezbłędnym wyczuciem formy – napisał dokładnie to, co sobie zamierzył: powieść o miłości. Wiedział oczywiście, że wchodzi na pole minowe, gdzie czyha banał i kicz, ale przecież nie po to Barnes jest Barnesem, żeby miał się wystraszyć konwencji love story. Podjął wyzwanie, a my dostaliśmy bardzo dobrą książkę, której jednak nie zaliczyłabym do jego największych osiągnięć – „Wymiary życia”, „Zgiełk czasu” czy nagrodzone Bookerem „Poczucie kresu” wydają mi się znacznie lepsze. Mimo to „Jedyna historia” ma przecież tę właściwość, którą dobra literatura dzieli z dobrym winem: długi ogon, czyli utrzymujący się po zamknięciu książki posmak. Ślad w duszy jak po dotknięciu. Coś, co sprawia, że nie jest się w stanie za szybko przejść do nowej lektury – przeciwnie, pragnie się pozostać przez jakiś czas z tą właśnie zakończoną. Wiąże się to z poczuciem, że pisarz powiedział coś ważnego i prawdziwego, co domaga się przemyślenia.

Barnes pokazał w „Jedynej historii” miłość trudną i nietypową – nie po to, żeby epatować burżuja, którym sam przecież w części jest, ale dlatego, że typowe miłości nie są już w stanie (w literaturze) nikogo poruszyć. Pokazał miłość, która nie śmie wymawiać swojego imienia, ale nie jest to bynajmniej miłość między osobami tej samej płci – jesteśmy przecież w Anglii, gdzie konserwatywny rząd Davida Camerona wprowadził równość małżeńską i gdzie homoseksualne związki są częścią codzienności, bulwersującą co najwyżej imigrantów z Polski. Nie – miłość trudna i nietypowa to dla Barnesa uczucie 19-latka do kobiety niemal 50-letniej, pod warunkiem że traktuje się je poważnie: jako prawdziwą miłość na całe życie, a nie romans starszej pani z niedoświadczonym chłopcem, którego po nauczeniu kilku przydatnych technik seksualnych zwraca się światu. Nie jako wstęp do życia albo zejście na manowce, ale jako samo życie: to właściwe, prawdziwe, jedyne.

Barnes pewną ręką prowadzi opowieść między rafami stereotypów zarówno z kategorii „banał potoczny”, jak i „psychologiczna mądrość”, żeby odsłonić prawdziwe komplikacje, jakie niesie ze sobą ta relacja – z powodu asymetrii życiowego doświadczenia, asynchronii czasów biologicznych, społecznych uprzedzeń, a w końcu i choroby alkoholowej, która staje się udziałem kobiety. Nic tu nie jest oczywiste ani proste, nic nie jest jednoznaczne i nie prowadzi do łatwych wniosków. Czytelnik zostaje wyłącznie z pytaniami – autor, tak jak życie, nie udziela odpowiedzi. Jedyną prawdą o miłości jest jej historia. Jedyna prawdziwa miłość to ta, która nas zmienia.

Historię swojej miłości opowiada u Barnesa – z perspektywy czasu i tak jak ją pamięta – Paul, który kochał Susan i przeżył z nią 10 lat. To on uważa, że każdy żyje tylko raz: wtedy, kiedy przeżywa swoją jedyną historię, jedyną miłość, niezależnie od tego, ile związków miał i miałby jeszcze mieć w życiu. Nie wiadomo, od czego zależy to, jaka historia przypada nam w udziale: od naszej prehistorii czy zupełnego przypadku, a te historie są przecież bardzo różne i na różne sposoby potrafią na nas wpływać. Tak samo jak nie wiadomo, czy trudne miłości ponad siły bardziej nas pogłębiają czy niszczą, czy kończą się zupełnymi zgliszczami czy jednak mądrością. Czy dobrze jest dużo czuć – a wielka miłość to tak samo wielkie cierpienie – czy może lepiej czuć mniej i mniej cierpieć? I jak właściwie działa pamięć? Jest jeszcze wiele takich pytań, na które nie ma odpowiedzi, na szczęście i tak – skoro to miłość – nie mamy wyboru.

Czy Barnes zgadza się z Paulem? Czy w „Jedynej historii” mówi też od siebie? W jakimś sensie na pewno tak, choć trzeba pamiętać o różnicy między narratorem a autorem, zwłaszcza w książkach Barnesa, gdzie narrator często stanowi osobną zagadkę. Z drugiej strony, po co Barnes miałby to wszystko wymyślać, gdyby i on nie miał swojej „jedynej historii”?

Teoria literatury tego zabrania, ale zignoruję zakaz: Julian Barnes i Pat Kavanagh byli piękną parą. Przeżyli razem 30 lat. Pat była starsza od Juliana. Zmarła w 2008 r. na guza mózgu: diagnozę od śmierci dzielił miesiąc. Czym był dla niego ten związek i ta strata, Barnes opowiada trochę w „Wymiarach życia”. Prasa nazwała ich power couple i rzeczywiście uczynili ze wspólnego życia sztukę, mimo (dzięki temu?) że nie brakowało w nim trudnych momentów. Najgłośniejszym był związek Pat z pisarką Jeanette Winterson, po którym wróciła do męża, a on ją przyjął, co dobrze pokazuje uczuciową skalę obojga. Ciekawe, że „Jedyna historia” jest pierwszą od lat książką, której Barnes nie zadedykował Pat.

***

Renata Lis – wydała dwie parabiografie pisarzy: „Ręka Flauberta” i „W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu”, obie nominowane m.in. do Nagrody Literackiej Nike. Przetłumaczyła też z rosyjskiego książkę Leonida Bieżyna o wyprawie Czechowa na Sachalin pt. „Droga na wyspę katorżników”. Ostatnio ukazała się jej książka eseistyczna „Lesbos”.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną