Kultura

Luty

Kawiarnia literacka

Nawet w wieku 40 lat można poznać nowe słowo, to jakoś pocieszające. I to nie słowo nowo powstałe, związane z jakąś rozwijającą się bystro dziedziną technologii.

Nawet w wieku 40 lat można poznać nowe słowo, to jakoś pocieszające. I to nie słowo nowo powstałe, związane z jakąś rozwijającą się bystro dziedziną technologii. „Przyżyciowy” to znaczy – powstały za życia, przeciwieństwo pośmiertnego. Prawda, że piękne słowo? Gdzieś się natknąłem i zaplątałem w nie. Powinno umknąć jak inne do rezerwuaru pamięci i tam czekać na odpowiedni moment, ale ono, choć niepozorne, jakoś się gramoli na myśl. Podłącza się nieelegancko, na rympał, do innych myśli, do obserwacji, do zdziwień. Dziś dzień przyżyciowy jeszcze, w każdym razie, jeśli o mnie chodzi. Spadł śnieg i się ten luty snuje jakoś, niezdecydowany, trzy dni temu już kusił przedwiośniem, dziś jest lepki, śnieg idzie w błoto pod kołami samochodów, a obiecują w prognozach jeszcze mróz.

W autobusie dużo kaszlu i chusteczek higienicznych, to nie jest pogoda na zdrowie, a przecież jeszcze są w moich współpasażerach choroby ukryte, niemanifestujące się tak ostentacyjnie, ale na razie wszystko to przyżyciowe, tylko spojrzenia mroczne, doświetlane ekranami smartfonów. Na razie – jedziemy, ci wysiadają, tamci przeciwnie, na moście widzę przez szybę, jak mija nas czarny polonez, odpicowany, błyszczą się srebrne felgi. Więc jakiś cień radości, taki sam jak wtedy, gdy widzę dużego fiata albo malucha. Bo to odłamki mojej młodości, kiedyś powszechne, aż niezauważalne, a teraz wręcz krzykliwe w swojej anachroniczności. No i kolor, nie było czarnych polonezów, tu ktoś musiał się postarać. Wyobrażam sobie oczywiście, że to jakiś czytelnik Wierzyńskiego pozwolił sobie na taki żart. „Czarny polonez” to była kiedyś ważna książka, ale zniknęła z horyzontu jak wiele innych. Jak to było?

„(…) Bida ciemna i zbójecka,
Nędza głodna i łakoma,
Tańcowała bida z nędzą,
W drugiej parze zamaszyście
Szkorbut i trachoma. (…)”.

Pasuje jak ulał do nastroju, stoimy niemal w parach w tym autobusie, choć plecami do siebie, tańczymy na śliskich od śniegu zakrętach. Ten szkorbut i jaglica (trachoma) to może przesada, ale poezja często z przesady żyje. Słucham Coltrane’a na słuchawkach. Coltrane jest dobry na taką pogodę, rozgrzany szaleńczym tempem fraz saksofon leje cieplejsze uczucia w człowieka, jest trochę jak grzejnik dla myśli, żeby nie ulec temu, co na zewnątrz, żeby zmusić się do wyjścia z domu, a potem z autobusu z powrotem na śnieg z deszczem podkręcany wiatrem. Coltrane urodził się w niewielkiej miejscowości Hamlet*, zawsze mi się to podobało, sam chciałbym urodzić się – powiedzmy – w Balladynie, jakże pięknie by to wyglądało w potencjalnym curriculum vitae. Treść zaś „Hamleta”, jak wiemy, Szekspir wywiódł z historii spisanej przez Saxo (!) Gramatyka w jego „Gesta Danorum” (ok. 1200 r.). Łowienie takich niby-powiązań to też dobry sposób na luty.

Wmawianie sobie, że są jeszcze żyły podziemne, pod historią, dużo niżej niż wyraźne przyczyny i skutki, żyły cienkie, ale trzymające jakoś świat, choć na pozór niewidoczne. To podobne do odkrycia, że ważny dla mnie pisarz był ważny dla innego ważnego dla mnie pisarza, do czytania Hrabala piszącego o Bablu. Tam też jest, okazuje się, niebieska żyłka zakopana pod ziemią, z Odessy do Nymburka. A przecież głowa tak dziwnie działa, że zaraz za tym Hrabalem idzie Hašek, też dwie czeskie sylaby. Hašek w mundurze Armii Czerwonej wydający w Irkucku pierwsze w historii pismo w języku buriackim. Nazywało się „Świt”. Ten dobrotliwy Hašek, który zresztą zawsze mi się zwidywał jako jowialny pan pod sześćdziesiątkę, stereotypowo: z kuflem, kartką i piórem. A okazuje się, żył krócej niż ja dzisiaj, piszący te słowa w autobusie. Nie dożył czterdziestki. Gdybyśmy się jakimś cudem zamienili i on chciałby dla państwa coś opublikować w POLITYCE, to nie byłby to tekst przyżyciowy, choć pewnie dużo zabawniejszy i mądrzejszy.

Jest już „mój” przystanek, zaraz wysiądę do „mojej” księgarni, jeszcze parędziesiąt kroków przez ten śnieg z wiatrem i wejdę, i się przywitam, i kupię lekarstwo, które zamieni mnie w przetrwalnik, w tej formie doczekam wiosny. Kupię sobie „Piękną rupieciarnię” Hrabala w przekładzie Kaczorowskiego i Stachowskiego, będę w niej siedział do marca, a może i kwietnia, do pierwszych kwiatów.

* Co znaczy też: wioseczka.

***

Paweł Sołtys (ur. 1978 r.) – lepiej znany jako Pablopavo – wokalista, kompozytor, autor tekstów. Laureat Paszportu POLITYKI w dziedzinie muzyki popularnej za 2014 r. Karierę muzyczną zaczął w zespole Saduba, był współzałożycielem Zjednoczenia Sound System, a od 2003 r. jest wokalistą Vavamuffin. Stale nagrywa też z grupą Ludziki. Pablopavo jest też bohaterem stworzonego przez Marcina Podolca i Marcina „Flinta” Węcławka biograficznego komiksu „Dym”. Wydał zbiór opowiadań „Mikrotyki”.

Polityka 9.2019 (3200) z dnia 26.02.2019; Kultura; s. 86
Oryginalny tytuł tekstu: "Luty"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Polska jako jedyna w Unii nie udostępnia szczepionki HPV

Szczepionka, którą od 12 lat uznaje się na świecie za wybawienie od raka szyjki macicy, w Polsce jest nadal moralnie podejrzana. Wyparowała też z naszego rynku, za co sami jesteśmy sobie winni.

Paweł Walewski
26.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną