Kultura

Kto się boi Olgi Neuwirth? „Orlando” w Wiedniu budzi emocje

Kate Lindsey jako Orlando Kate Lindsey jako Orlando mat. pr.
Szacowna wiedeńska Staatsoper przeżywa właśnie małą rewolucję. Nie tylko dlatego, że wystawiła operę zamówioną u kompozytorki.

Głośno się zrobiło wokół premiery „Orlanda”, że to pierwsza opera napisana dla tej instytucji przez kobietę. To nie jest do końca prawda – wcześniej wystawiano już kilka oper dla dzieci autorstwa kompozytorek, w tym jedną na dużej scenie („Fatimę” Johanny Doderer). Ale na pewno jest to pierwsze tak poważne dzieło, a co więcej, jest to widowisko imponujące rozmachem wizualnym i muzyczną dezynwolturą.

Neuwirth wystawia Woolf

Olga Neuwirth jest jednym z najważniejszych zjawisk na mapie kulturalnej Austrii. To artystka bezkompromisowa działająca w konserwatywnym społeczeństwie. Przypomnijmy, że od dawna przyjaźni się i współpracuje z noblistką Elfriede Jelinek, a pierwszy projekt opery, jaką miały wspólnie napisać dla Staatsoper, został odrzucony. Choć pod względem twórczości scenicznej Neuwirth jest już artystką doświadczoną. Parę lat temu oglądaliśmy w Polsce jej „Zagubioną autostradę” według filmu Davida Lyncha.

Sama wspomina, że już jako 15-latka była punkiem na austriackiej prowincji blisko granicy ze Słowenią, regionu – jak mówi – uroczego, acz ksenofobicznego. Od najwcześniejszej młodości buntowała się przeciwko ustalonym raz na zawsze zasadom i czarno-białemu światu, będąc za różnorodnością i wielobarwnością. „Orlando” Virginii Woolf, książka, której bohatera poznajemy jako młodego arystokratę o skłonnościach do poezji, żyjącego parę wieków i w pewnym momencie zmieniającego we śnie płeć, była jedną z lektur formacyjnych kompozytorki.

Czytaj także: Literatura w operze

O ile Woolf doprowadziła dzieje Orlanda do własnej współczesności, czyli 1928 r., o tyle librecistka Catherine Fillou wraz z kompozytorką przedłużyły mu/jej egzystencję do dziś. Mamy więc II wojnę światową, czas hipisów, populistów, wreszcie najnowszy lęk młodzieży o przyszłość planety. Po prostu autorki chciały powiedzieć zbyt wiele naraz, a przegadanie zaczyna irytować.

Buczenie i oklaski na widowni

Jednak sam spektakl w reżyserii Polly Graham jest dużej urody, z designerskimi, niemal rzeźbiarskimi szalonymi kostiumami autorstwa Rei Kawabuko (założycielki znanej firmy modowej Comme des Garçons) oraz wysmakowanymi projekcjami wideo Willa Duke’a, wyświetlanymi na ruchomych ekranach zaprojektowanych przez Roya Spahna.

Muzyka jest, jak zawsze u tej autorki, wyrafinowana i eklektyczna zarazem, można tu znaleźć cytaty z dawnej muzyki angielskiej – Johna Dowlanda czy Henry’ego Purcella, ale także z „Koncertu na dwoje skrzypiec” Bacha czy „Święta wiosny” Strawińskiego; pod koniec jest coraz więcej nawiązań do rocka. Znakomicie wykorzystana jest przestrzeń opery – trąbki grające z balkonów, niewidoczny chór dziecięcy śpiewający wewnątrz słynnego żyrandola (do wnętrza którego można wchodzić). Znakomici soliści, przede wszystkim Kate Lindsey w roli tytułowej, rewelacyjny kontratenor Eric Jurenas jako Anioł Stróż; ciekawostką jest udział „niebinarnego” artysty (tj. czującego związek z obiema płciami) Justina Vivian Bonda. Całość prowadzi świetnie Matthias Pintscher, który sam również jest kompozytorem.

Po premierze 8 grudnia spektakl zebrał recenzje o mieszanym wydźwięku, a na widowni buczenie przeplatało się z oklaskami. Trzecie przedstawienie było po prostu bardzo dobrze przyjęte. Kto więc się boi Virginii Woolf i Olgi Neuwirth?

Spektakl 18 grudnia będzie można oglądać w HD na platformie Wiener Staatsoper Live.

Czytaj także: Polska klasyka muzyczna na eksport

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Dawni medycy i lekarscy kaci

Balwierze, wyrwizęby i kaci, czyli dawni medycy i ich terapie.

Dariusz Łukasiewicz
17.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną