Kultura

Jak „Wiedźmin” trafił do Netflixa i dlaczego nie ma kompleksów

Kadr z serialu „Wiedźmin” Kadr z serialu „Wiedźmin” mat. pr.
55 tys. ludzi protestowało przeciwko uczynieniu z Ciri Azjatki lub Afroamerykanki, a o tym, że w uniwersum Sapkowskiego mogą istnieć czarnoskóre driady i elfy, musiał zapewnić fanów sam autor. Na małym ekranie jego bohater wojuje z typowo polskimi potworami: kikimorą, strzygą i uprzedzeniami.

Geralt rodził się kilkakrotnie. W 1986 r., gdy dobiegający czterdziestki ekonomista wysłał na konkurs „Fantastyki” debiutanckie opowiadanie (zdobył trzecią nagrodę), w 2001, kiedy Marek Brodzki torował mu drogę do kin, i sześć lat później, za sprawą gry CD Projekt Red. Niedługo po debiucie tej ostatniej Tomkowi Bagińskiemu, reżyserowi jej zwiastunów i przerywników, zamarzył się film, który zmyłby z „Wiedźmina” odium budżetowej ekranizacji Brodzkiego. Nim jednak zabójca potworów znów znalazł się na fali – w Jarudze musiało upłynąć sporo wody.

Czytaj także: „Wiedźmin” walczy o tron

Cyborgi z powstania warszawskiego

Z Bagińskim, producentem wykonawczym „Wiedźmina”, spotkać się niełatwo. Ledwie filmowiec wrócił z Los Angeles, gdzie rozmawiał na temat ekranizacji „Rycerzy Zodiaku” (serial anime znany polskiemu widzowi dzięki emisji na nieodżałowanym RTL7), już wsiadał w samolot do Belgii, gdzie doglądał montażu „Kierunek: Noc” (serial Netflixa oparty na motywach „Starości Aksolotla” Jacka Dukaja). Przed świętami zahaczył jeszcze o Londyn, na kolejną turę rozmów o nowych odcinkach „Wiedźmina”. Zdjęcia mają ruszyć wiosną, a choć o konkretach nie chce mówić, prace są ponoć „na bardzo zaawansowanym etapie”. Jeśli zresztą wierzyć słynącemu z rzetelności źródeł portalowi We Got This Covered, streamingowy gigant dał zielone światło nie tylko drugiemu, ale również trzeciemu sezonowi (ma podążać śladami „Czasu pogardy”).

Polak lobbował za aktorskim obrazem o wiedźminie od niemal dekady. A właściwie – precyzuje – za dwoma filmami (po jednym na oba zbiory opowiadań), które mogłyby się przerodzić w serial telewizyjny (adaptujący wydarzenia sagi). Długo, acz – tłumaczy w rozmowie z „Polityką”: – Tryby Hollywood mielą powoli. „Irlandczyk” Martina Scorsesego dziś święci triumfy, ale przez 10 lat tkwił w tzw. development hell. Bagińskiemu nie pomogły ani nominacja do Oscara (krótkometrażowa „Katedra”), ani nagroda BAFTA („Sztuka spadania”), które raczej uchyliły mu drzwi do Fabryki Snów, niż otwarły je na oścież. W oczekiwaniu na dobrą koniunkturę błąkał się więc po wytwórniach, publicznie stroniąc od opowiadania o projekcie.

Powściągliwości nauczył go kazus „Hardkora 44”, wysokobudżetowej animacji, która miała wpleść w powstanie warszawskie wątki science-fiction (m.in. nazistowskie cyborgi). Bagiński chętnie rozpływał się na jej temat w mediach (w TVN 24 opisywał ją jako utrzymane w estetyce „300” skrzyżowanie „Parszywej 12” z „Obcym: Decydujące starcie”). Tyle że premiera, zapowiadana na 2012 r., nigdy nie nastąpiła, a projekt trafił do zamrażarki, gdzie – zapewnia reżyser – będzie trzymany do czasu, gdy jego studiu Platige Image uda się znaleźć międzynarodowych sponsorów.

Czytaj także: „Wiedźmin” w filmie sfinansowanym przez fanów

Buffy: Postrach utopców

O „Wiedźminie” pierwszy raz usłyszeliśmy oficjalnie w sierpniu 2014 r., gdy reżyser złożył wniosek o stypendium do Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Komisja (w składzie: Jacek Bławut, Michał Oleszczyk i Maciej Pieprzypca) zaopiniowała projekt pozytywnie, przyznając mu 150 tys. zł dofinansowania.

Rok później Platige Image podpisało umowę z Sean Daniel Company, firmą producencką odpowiedzialną za „Mumie” (wszystkie trzy, w tym niesławny reboot z Tomem Cruisem). Scenariusz miała wówczas pisać Thania St. John, współautorka „Buffy: Postrach wampirów” i „Grimm”. Prace nabrały tempa rok później, gdy bohater Sapkowskiego trafił na czołówki prasy za sprawą „Wiedźmina 3: Dzikiego Gonu”, adaptacji CD Projekt Red. Warszawska superprodukcja sięgała po kolejne laury (zebrała ponad 800 nagród, w tym The Game Award, dla gier wideo to odpowiednik Oscara) i stała się jednym z największych bestsellerów roku (do dziś sprzedano ponad 20 mln egzemplarzy). Międzynarodowa moda na leszych, baby cmentarne i kłobuki wreszcie wybuchła, a Bagiński miał się stać jednym z jej beneficjentów.

Jamie Lannister czy Hannibal?

„Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy; od bramy Powroźniczej”. Cytat, który w maju 2017 r. zdobywał szturmem media społecznościowe, był dobrze znany, w końcu to on otwierał książkowe „Ostatnie życzenie”. Niespodzianką był natomiast cytujący. Dom dla „Wiedźmina” zaoferował Netflix, niedoszły film stał się w myśl umowy serialem, a choć Thania St. John była przez pewien czas akuszerką projektu, jego matką miała zostać Lauren Hissrich. Postać szerzej wówczas nieznana, ale doświadczona; debiutowała dekadę wcześniej, produkując „Prywatną praktykę” (chłodno przyjęty spin-off popularnych „Chirurgów”). Gdy przejmowała lejce nad „Wiedźminem”, miała na koncie kilka odcinków „Parenthood” (traktującego o perypetiach współczesnej rodziny) i „Power” (firmowana przez 50 Centa neonowa baśń o narkotykach, spluwach i nocnych klubach). Umiarkowany rozgłos przyniosły jej jednak dopiero produkcje Marvela („The Defenders”, „Jessica Jones”).

Seriale – niemal bez wyjątku – progresywne w przekazie, „Jessica Jones” stanowiła feministyczną odpowiedź na maczystowskie kino noir, a „Parenthood” wpisywało intymne opowieści bohaterów w kontekst społecznych przemian. Część fanów przyjęła liberalny światopogląd showrunnerki za złą monetę, ale Hissrich szybko wyrosła na charyzmatyczną rzeczniczkę „Wiedźmina”. Publikowała na Twitterze krótkie charakterystyki bohaterów (udowadniając, że rozumie uniwersum Sapkowskiego jak mało kto), wchodziła w interakcje z obserwującymi. Na początku 2018 r. szeroko relacjonowała swoją podróż po Polsce, gdzie spotkała się z pisarzem przy lampce szampana, zjadła pączki w Krakowie i odwiedziła Zamek w Rabsztynie (nie trafił do serialu, acz kto wie, czy w drugim sezonie nie „zagra” Kaer Morhen, siedziby wiedźmińskiego cechu). Na bieżąco opisywała też postępy prac, stając się bezcennym źródłem informacji dla polskich i zagranicznych newsroomów.

Tymczasem giełda nazwisk ruszyła na dobre. Marka Hamilla typowano do roli Vesemira (ów nieskromnie odniósł się do pomysłu, ćwierkając: „Nie wiem, kto to, ale w pełni się zgadzam, że powinien być/będzie grany przeze mnie”. Gotowość zagrania w serialu podtrzymał zresztą po premierze pierwszego sezonu). Największe emocje budził jednak odtwórca postaci Geralta. Branżowe serwisy plotkowały o angażu Madsa Mikkelsena, Josha Hollowaya lub Nikolaja Costera-Waldau. Przed szereg wyszedł Zach Mcgowan, publikując na swoim Twitterze fotomontaż grafiki z „Wiedźmina 3”, na którym ktoś dokleił zabójcy potworów twarz aktora (wpis polubiono ponad 10 tys. razy!).

Czytaj także: Kto zarobi na wiedźminie?

Geralt z Kryptonu

Decyzję o zaangażowaniu Henry′ego Cavilla ogłoszono we wrześniu 2018 r. Zgodnie z Zeitgeistem: na Twitterze. Aktor musiał kupić sobie sympatię sceptycznych czytelników i graczy, ale wyszedł z zadania obronną ręką. W rozmowie z showmanem Conanem O′Brienem rzucił mimochodem, że gdy Zack Snyder dzwonił do niego, by zaproponować mu rolę „Człowieka ze stali”, początkowo nie odebrał telefonu, bo zagrywał się w „World of Warcraft”. Komplementował zarówno sagę, jak i Dziki Gon. Wybór Cavilla pochwalił na Twitterze Doug Cockle, Geralt w angielskiej wersji gry Redów („Cavill wykona świetną robotę”), oraz – w dość zawoalowany sposób – Michał Żebrowski („Henry Cavill – nie sp****ol tego :)”).

Część widzów in-spe dyskutowała, czy odtwórca głównej roli ma dostatecznie słowiański podbródek, ale więcej kontrowersji wzbudzało obsadzanie Ciri, przybranej córki Geralta. Wszystko za sprawą ogłoszenia, które kilka dni później pojawiło się na stronach brytyjskiego National Youth Theathre. Reżyserka obsady Sophie Holland poszukiwała do roli „15-, 16-letniej dziewczynki BAME” (skrót od „Black, Asian and minority ethnic”, czyli osoby czarnoskórej, pochodzenia azjatyckiego lub przedstawicielki mniejszości etnicznej). Anons szybko zniknął z sieci, ale mleko już się rozlało. Hissrich zareagowała dowcipem (publikując oświadczenie, zgodnie z którym „trwają przesłuchania do roli pewnej wyjątkowej damy”, a więc: Płotki, wiedźmińskiego konia), jednak części odbiorców nie było do śmiechu.

Czytaj także: Jak z książki zrobić grę

Lwiątko jest z Polski

Kolor skóry dziecka-niespodzianki nie mógł być niespodzianką, widzowie tłumnie więc zaprotestowali. Niemal 55 tys. z nich podpisało się pod internetową petycją na stronie Change.org (zatytułowaną: „Nie ograniczajcie castingów Ciri do przedstawicielek BAME”). 26 tys. postulowało z kolei, by przed kamerą stanęli Polacy („Skoro Warner Brothers zdecydowało się, by w serii o Harrym Potterze obsadzać wyłącznie brytyjskich aktorów, prosimy Netflixa, by ten uczynił priorytetem obsadzenie wykonawców z Polski i Europy Wschodniej”).

Hissrich zdecydowała się wówczas na odwyk od mediów społecznościowych. Na jej profilu od dawna pojawiały się bowiem groźby karalne i wulgaryzmy (w tym niesławne n-word), a zarzuty o „nadmierną progresywność” czy „brak szacunku dla dorobku kulturalnego Polaków” jeszcze się po CiriGate nasiliły. Tuż przed rozbratem z Twitterem podnosiła jednak, że zmiany – które niewątpliwie się w jej adaptacji pojawią – są zgodne z literą powieści.

Jak pisała: „Pan Sapkowski powiedział – publicznie oraz w rozmowie ze mną – że Kontynent jest duży i zróżnicowany, podobnie jak jego populacja (pod względem rasy, kultury, płci i, tak, również koloru skóry, który – nadmienił pisarz – nie zawsze jest w książkach określony). Nie rozumiem, czemu ludzie insynuują, że niszczę książki. Honoruję intencje samego autora”. Ostatecznie w Ciri wcieliła się biała jak przebiśnieg Freya Allan.

Czytaj także: Geralt z Rivii w hollywoodzkim stylu

Błogosławieństwo Sapkowskiego

Tomek Bagiński: – Wbrew temu, jak czasem próbują przedstawić Sapkowskiego media, które sprowadzają go do roli mema, karykatury, trzyma on rękę na pulsie: czyta kilkadziesiąt książek rocznie, przede wszystkim współczesnej fantastyki, ogląda seriale, śledzi, co dzieje się w kinie. Pisarz oficjalnie pełnił przy serialu Netflixa funkcję „konsultanta kreatywnego”. Skromnie zapewniał (na łamach portugalskiego serwisu JPN), że nie jest osobiście zaangażowany w prace. „W mojej opinii książki to książki, a adaptacje to adaptacje. Jak pisał Kipling, Wschód i Zachód nigdy się nie zejdą”. Producent wykonawczy twierdzi jednak, że literat nieco się kryguje. Ekipa serialu konsultowała z nim znaczące odstępstwa fabularne (np. przeplatające się perspektywy czasowe, co pozwoliło już w pierwszym sezonie zgrabnie przedstawić główne postaci dramatu) oraz nowe wątki (wygląd Aretuzy, gdzie szkoli się czarodziejka Yennefer).

Nie jest zresztą tajemnicą, że choć odbiorcy lubią odczytywać zamysły autora po swojemu, prozę Sapkowskiego trudno zamknąć w przegródkach „polska” czy „słowiańska”. Zerrikania, skąd pochodzą Tea i Vea, była inspirowana Afryką, w opowiadaniach odnajdujemy echa baśni Andersena i braci Grimm, a w bestiariuszu gęsto od stworów z najprzeróżniejszych szerokości geograficznych. Smoki dziwnie przypominają swoich kuzynów z amerykańskiego Dungeons & Dragons, alpy pochodzą z wierzeń dawnych Germanów, dżiny i ghule bywały bohaterami arabskich baśni, bazyliszek to stwór rodem z greckich mitów (podobnie jak gryf). Pisarz naigrawał się zresztą z mody na arcypolską fantastykę, publikując swego czasu przepyszny tekścik: „Piróg, albo nie ma złota w Szarych Górach”.

Jak pisał: „Nagle zrobiło się w naszej fantasy słowiańsko, przaśnie i kraśnie, jurnie, żurnie, podpiwkowo i lnianie. Swojsko. (...) Ni z tego, ni z owego zniknęły wamiry, pojawiły się wąpierze i strzygaje (sic!), zamiast elfów mamy bożęta i inne niebożęta, zamiast olbrzymów i trolli mamy stoliny. Zamiast czarodziejów i magów mamy wieszczych, wołchwów i żerców. Zaiste, brakuje jeno chlejców. I co nam Conan, Ged Sparrowhawk, co nam Fellowship of the Ring, mamy swojskich wojów, zwanych, ma się rozumieć, równie swojsko: Zbiróg, Piróg, Koniec, Pociej, Zagraj, Zabój, Przybóg i Pozamiataj”.

Trudno też zarzucić bohaterom Sapkowskiego światopoglądowy konserwatyzm. W „Sezonie burz” czarodzieje okazują się biseksualni, w „Wieży jaskółki” poznajemy Neratina Cekę, szpiega o niejasnej identyfikacji płciowej, a Ciri przeżywa w sadze lesbijski romans z Mistle, członkinią bandy Szczurów. W dyskryminacji krasnoludów można się dopatrzeć odniesień do antysemityzmu, sam Geralt ginie podczas rasistowskiego pogromu. Ekspansja Nilfgaardu to zaś ponura przestroga przed militaryzmem i religijną dewocją.

Polskie sukcesy

Choć jednak zrealizowany w międzynarodowym towarzystwie i czerpiący z zagranicznych wzorców, „Wiedźmin” Netflixa zachował polski dowód osobisty. W końcu pomysłodawcą jest Polak, produkują Polacy (poza Bagińskim Jarosław Sawko), wiedźmiński medalion to dzieło Polaka, a zaklęcia i spora część efektów specjalnych (acz nie kikimora) powstały w Polsce. Bitwę o Sodden kręcono na polskim Zamku w Ogrodzieńcu, a w obsadzie znalazł się polski rodzynek: znany z „Rodzinki.pl” Maciej Musiał (wcielił się w nieobecnego w książce Sir Lazlo, ochroniarza królowej Calanthe). Bagiński deklaruje, że rodzimych akcentów będzie w kolejnych sezonach jeszcze więcej, a pracownicy Netflixa krążą teraz po Europie Środkowo-Wschodniej, szukając scenerii nadchodzących odcinków.

Zyski też popłynęły do kieszeni krajowych artystów. Andrzej Sapkowski zameldował się na pierwszym miejscu zestawienia najpopularniejszych pisarzy amerykańskiego Amazonu (wyprzedził m.in. J.K. Rowling, Deana Koontza i Stephena Kinga). ), a „Ostatnie Życzenie” wskoczyło na czwarte miejsce listy bestsellerów „New York Timesa”. Z kolei „Wiedźmin 3: Dziki Gon” zanotował – na cztery lata od premiery – rekordową liczbę równocześnie grających (niemal 102 tys. osób!). To zresztą jedynie liczba graczy korzystających ze Steama, nie wiemy, jak wielu odbiorców postanowiło wrócić do Temerii i Redanii za pośrednictwem innych platform dystrybucji oraz konsol (PlayStation 4, Xbox One i Nintendo Switch). Platige Image ma prawo odtrąbić sukces, nawet jeśli nie obyło się bez kompromisów. A że serial nie trafił w gusta części widzów i spolaryzował krytyków? Cóż, czarodziejka Triss Merigold mawiała, że „lepiej zaliczać się do niektórych niż do wszystkich”.

Andrzej Sapkowski: Prawdziwy wiedźmin jest tylko jeden

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Czy wiesz, skąd pochodzi to, co nosisz?

Firmy odzieżowe (i nie tylko) lubią zapewniać, że są społecznie odpowiedzialne. Pora im powiedzieć: sprawdzam. Zwłaszcza w czasach pandemii.

Jędrzej Dudkiewicz
28.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną