Kultura

Przyszło nam tu żyć. Ciemne strony codzienności w Rosji

Bezdomni otrzymują ciepły posiłek w Omsku. Bezdomni otrzymują ciepły posiłek w Omsku. ALEXEY MALGAVKO/Reuters / Forum
Jelena Kostiuczenko zabiera czytelników w podróż przez kolejne kręgi piekła na ziemi. „Przyszło nam tu żyć” to książka o niezagojonych rosyjskich ranach.
Okładka książki „Przyszło nam tu żyć”Wydawnictwo Czarne/mat. pr. Okładka książki „Przyszło nam tu żyć”

„Nikomu nie jesteśmy potrzebni” – takie słowa, w tej czy podobnej formie, wielokrotnie padają z ust bohaterów książki Jeleny Kostiuczenko. Weterani Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, górnicy, prostytutki, narkomani, bezdomni lokatorzy, migranci ekonomiczni, rodziny poległych, ofiary Biesłanu... To Rosjanie, o których Kreml nie chce wiedzieć, bo nie pasują do propagowanego obrazka pozłacanego imperium.

Poprzez historie pozostawionych samym sobie ofiar politycznych rozgrywek czy bezlitosnego systemu Kostiuczenko pokazuje prawdziwą rosyjską „czernuchę” – ciemne strony życia, naznaczone przemocą, bezprawiem i wykluczeniem, z którymi mierzą się obywatele kraju siłowików, oligarchów i byłych agentów.

Jelena Kostiuczenko nie pisze zza biurka

„Przyszło nam tu żyć” to zbiór reportaży Jeleny Kostiuczenko, dziennikarki śledczej niezależnego pisma „Nowaja Gazieta” – tego samego, w którym pracowała zamordowana w 2006 r. Anna Politkowska, znana z bezkompromisowych, odważnych tekstów, zwłaszcza o wojnach czeczeńskich. Kostiuczenko idzie w jej ślady, oddając głos tym, których inni boją się wysłuchać.

Młoda dziennikarka (1987) nie pisze zza biurka, nie przepisuje internetu, nie przeprowadza wywiadów przez telefon. Angażuje się na tyle mocno, na ile reporter może sobie pozwolić, gdy dotyka najtrudniejszych, bolesnych tematów. Z budzącą podziw determinacją zbliża się do tych, od których wszyscy inni, na czele z władzami, się odwrócili. Dzięki niej czytelnicy poznają historie osób, które łatwo osądzać i którymi najczęściej się w Rosji pogardza. Kostiuczenko nie osądza. A dzięki wrażliwości i otwartości przedstawia zupełnie inną, bardziej ludzką perspektywę problemów, które władza wypaczyła.

Czytaj także: W Czeczenii powstają obozy tortur dla gejów

Ostatni żyjący bohaterowie wojny

Wzrusza i najlepiej oddaje imperialną mentalność Rosjan tekst o ostatnich żyjących bohaterach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, adresatach corocznych przemówień prezydenta, najwyższych urzędników i wszechobecnych pozdrowień „Spasibo Diedu za Pobiedu” („Dzięki dziadkowi za zwycięstwo”). Zwycięzców nad faszyzmem traktuje się jak symbole, weterani pełnią funkcję rozmytego tła. Nie mają dla Kremla i współczesnych Rosjan osobowości ani twarzy, przez 364 dni w roku żyją w zapomnieniu, nierzadko z trudem wiążą koniec z końcem. Tylko 9 maja, w Dniu Zwycięstwa, „schodzą” z przygotowanej przez władze metaforycznej półki „patriotycznych symboli” i na moment przypominają o swoim istnieniu.

Ten tekst jest szczególnie ważny i aktualny, bo odziera ze złudzeń i obnaża hipokryzję władzy, opierającej swoją wielkoruską narrację na marmurowych pomnikach, za nic mając zwykłych, szarych ludzi. A ci tak są nauczeni szacunku do władzy i ojczyzny, że nawet zrozumiałe łzy, ocierane ukradkiem ze wstydem, i poczucie krzywdy jawią im się jako niewłaściwe, „nie na miejscu”.

Kostiuczenko udaje się ubrać w słowa to, co wydaje się niewyrażalne. Ze szczególną empatią podchodzi do osób, które często nie zdają sobie sprawy, że na nią zasługują. To szczególnie wyraźne w reportażu „Życie w gnieździe”. Dziennikarka relacjonuje spędzone „dwadzieścia cztery godziny z tymi, którzy jutro umrą”, czyli narkomanami. Nie da się ich nazwać „użytkownikami substancji”, „krokodyla” – tzw. narkotyku biednych, który zebrał krwawe żniwo wśród byłych heroinistów w pierwszych latach minionego dziesięciolecia, doprowadzając dosłownie do rozkładu ich ciał, a w konsekwencji do bolesnej śmierci. Autorka jako jedna z nielicznych jest ciekawa nie samego uzależnienia, efektu zażywania śmiertelnej, przygotowywanej na domowych palnikach „zupy”, ale uczuć i myśli osób, którym nikt w Rosji nie chce pomóc.

Kostiuczenko nie ocenia bohaterów, ale potrafi oceniać czytelników, uderzając w czułe punkty: „Za tydzień jedno z nich umrze: w nocy, we śnie zatrzyma się serce. Drugie wbrew wszystkiemu spróbuje pójść na detoks i się uratować. A imiona ich nie są istotne, bo wam tak naprawdę jest przecież wszystko jedno”.

Czytaj także: Rosja ma poważny problem z HIV

Książka głównie dla Rosjan

Rosja Kostiuczenko nie jest oczywiście reprezentatywna. Można by ją porównać do Polski opisanej przez pryzmat łódzkiej afery „łowców skór” z 2002 r., która ujawniła proceder zabijania pacjentów przez pracowników pogotowia ratunkowego oraz sprzedaży informacji o zgonach zakładom pogrzebowym.

Wszystkie teksty Kostiuczenko od początku były kierowane do Rosjan, którzy swój kraj i jego rzeczywistość bardzo dobrze znają. „Przyszło nam tu żyć” to książka o największych niezagojonych i ociekających ropą rosyjskich ranach. Autorka w wywiadach często podkreśla, że tekst może uznać za dobry tylko wtedy, kiedy „rwie jej duszę” – zbiór „Przyszło nam tu żyć” robi to wielokrotnie.

Jelena Kostiuczenko, Przyszło nam tu żyć. Reportaże z Rosji, przeł. Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020, s. 328

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Jak leśnicy sami sprywatyzowali Lasy Państwowe

Prywatyzacją lasów politycy straszą nas regularnie. Zawsze wtedy, gdy partykularne interesy leśnego lobby i jego politycznych protektorów wydają się zagrożone. Samym jednak lasom przekazanie w prywatne ręce nigdy nie groziło. PiS wykreowało wroga, żeby nas przed nim bronić.

Joanna Solska
01.09.2015
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną