Kultura

Barwny ptak. Odszedł Wojciech Pszoniak

Odszedł Wojciech Pszoniak. Miał 78 lat. Odszedł Wojciech Pszoniak. Miał 78 lat. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta
Ekspresyjna gra, wyczucie psychologii, ironia, chytrość wypisana na twarzy – trudno opisać środki wyrazu i skalę talentu Wojciecha Pszoniaka, jednego z najwybitniejszych polskich aktorów.

Aktorstwo było jego drugim wyborem, pierwotnie myślał o karierze muzyka. Urodzony w 1942 r. we Lwowie, dorastał w Gliwicach. Jako nastolatek dostał się do szkoły kadetów, gdzie przez dwa lata grał na werblu, skrzypcach i klarnecie w orkiestrze wojskowej. W 1958 r. został uczniem średniej szkoły muzycznej w klasie oboju, a rok później grał już jazz na saksofonie w klubach studenckich.

Zanim dostał się na PWST w Krakowie (za trzecim razem), zarabiał na życie jako laborant w Przedsiębiorstwie Budownictwa Miejskiego. Oblał maturę. Dyplom wydziału aktorskiego dał mu przepustkę do Starego Teatru, gdzie zdobywał doświadczenie pod wymagającym reżyserskim okiem Konrada Swinarskiego.

Najważniejsze role Wojciecha Pszoniaka

Zwrócił na siebie uwagę wybitnymi rolami szekspirowskimi (m.in. w „Śnie nocy letniej”), ale dopiero inscenizacja „Biesów” Wajdy uczyniła z niego teatralną gwiazdę. W roli Piotra Wierchowieńskiego, konspiratora i prowokatora opętanego ideą zburzenia wszelkich podstaw porządku ustrojowego, moralnego i społecznego w Rosji i Europie, idealnie oddawał jego mefistofeliczną, złowrogą naturę. „Wierchowieński w jego ujęciu jest gwałtowny, trawiony wewnętrznym ogniem, skłonny do porywów i niezwykłych gestów. Pszoniak, poruszający się błyskawicznie po scenie skokami prawie, nerwowo gestykulujący, wyrzucający z siebie potoki słów, z płonącymi oczami – oto aktorstwo najwyższej miary, postać zarysowana konsekwentnie, godna tego niezwykłego przedstawienia” – opisywał jego artystyczny wyczyn Maciej Karpiński w poświęconej Pszoniakowi książkowej monografii.

Po przeprowadzce do Warszawy na początku lat 70. Pszoniak związał się z Teatrem Powszechnym (zagrał m.in. McMurphy′ego w „Locie nad kukułczym gniazdem” w reż. Zygmunta Hübnera), a później Narodowym. Olbrzymie uznanie i popularność przyniosła mu rola Chlestakowa w „Rewizorze” Gogola wystawionym przez Adama Hanuszkiewicza. Krytycy pisali, że fenomenalnie wydobył podwójność charakteru tej postaci: lekkoducha i utracjusza bez grosza przy duszy opowiadającego banialuki na temat swojej rangi w Petersburgu i bez zażenowania biorącego łapówki od zastraszonych i biorących go za kogoś innego mieszkańców prowincjonalnego miasteczka.

Wajdzie zawdzięcza też swoje największe sukcesy kinowe. Każdy pamięta „Ziemię obiecaną”. W tym pierwszym „amerykańskim” filmie Wajdy o pieniądzach i ludziach, którzy do nich dążą za każdą cenę, Pszoniak genialnie zagrał Moryca Welta, sprytnego, przebiegłego kupca żydowskiego, wspólnika Karola Borowieckiego i Maksa Bauma. Na tle egocentrycznej i podejrzliwej pary okrutników: Polaka i Niemca – Moryc w ujęciu Pszoniaka wydawał się postacią najbardziej impulsywną, lojalną i obdarzoną poczuciem humoru.

Pszoniak fantastycznie wydobywał z niej nerwowość, podsycaną koniecznością ciągłego lawirowania między chciwością i resztkami zasad, nadającą bohaterowi rysy tragizmu. Nieprzychylnym Wajdzie zagranicznym krytykom nie przeszkodziło to jednak uznać Moryca za postać skrajnie nieuczciwą, wręcz karykaturalną. I zamiast szerokiej panoramy nieucywilizowanego kapitalizmu, wydobywającego z człowieka wszystko, co najgorsze, dopatrywali się zarówno w filmie, jak i stworzonej przez Pszoniaka roli wątków antysemickich.

Ponad 100 filmów, najwybitniejsi reżyserzy

Obok Cybulskiego, Olbrychskiego czy Seweryna Pszoniak należał do ulubionych aktorów Wajdy. Zagrał u mistrza wielokrotnie. Stworzył katalog może nie tak brawurowych, ale na pewno niezapomnianych ról. W zrealizowanym w Niemczech Zachodnich na podstawie „Mistrza i Małgorzaty” kontrkulturowym eksperymencie „Piłat i inni” wcielił się w Jeszuę Ha-Nocri, włóczęgę głoszącego wywrotowe nauki, ginącego na krzyżu na Golgocie, za którą posłużyło w filmie wysypisko śmieci pod Wiesbaden. W podwójnej roli Dziennikarza i Stańczyka pojawiał się w „Weselu”.

Porywającą kreację stworzył w „Dantonie”. Jego Robespierre to polityk bezwzględnie uczciwy, o stalowej woli, przenikliwy i wywierający hipnotyczny wpływ na otoczenie. Zresztą zanim go zagrał na ekranie, kilkakrotnie mierzył się z legendą Robespierre’a na scenie. Sztuka Stanisławy Przybyszewskiej opierała się na konflikcie racji między dwoma koncepcjami w schyłkowej fazie rewolucji francuskiej w 1794 r. W Teatrze Powszechnym w Warszawie spektakl utrzymywał się na afiszu przez blisko pięć sezonów. Dramatyzm przejawiał się głównie w dialogu, w dyskursie, a nie gwałtownych gestach, i podobnie jest w filmie.

Tytułowa rola Starego Doktora wiernego swojemu powołaniu w „Korczaku” przyniosła aktorowi kolejną porcję zachwytów i uznania, chociaż po canneńskiej premierze znów więcej się pisało o wybielaniu polskiego antysemityzmu niż o niuansach sztuki aktorskiej i merytorycznej wartości dzieła.

Pszoniak wystąpił w ponad stu filmach. Po „Ziemi obiecanej” proponowano mu, by został na Zachodzie. W 1978 r. skorzystał z propozycji współpracy z teatrem w Nanterre pod Paryżem, a po ogłoszeniu stanu wojennego w Polsce zdecydował się na emigrację. Grał w Londynie i w Paryżu. Angażowali go zarówno uznani twórcy kina światowego, tacy jak Volker Schlöndorff („Blaszany bębenek”, „Strajk”), Theo Angelopoulos („Spojrzenie Odyssa”) czy Agnieszka Holland („Gorzkie żniwa”, „Zabić księdza”), jak i znakomici rodzimi twórcy, m.in. Jerzy Kawalerowicz („Austeria”) i Krzysztof Zanussi („Brat naszego boga”).

Po powrocie do kraju jedną z ostatnich niesłychanie barwnych, na granicy przerysowania i pastiszu, drugoplanowych ról dopisał do swojej filmografii w muzycznej komedii Janusza Majewskiego „Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy”. Zagrał staroświeckiego eleganta, ironistę i sceptyka noszącego na co dzień smokingi lub fraki, dopatrującego się szczególnie w pisarzach i poetach bardziej lub mniej ukrytego homoseksualizmu.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Prof. Marcin Król: Obyśmy znów nie byli głupi

Prof. Marcin Król, historyk idei, o tym, że czeka nas koniec starego świata i nic dobrego z tego na razie nie wyjdzie.

Jacek Żakowski
01.01.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną