Jest to opowieść o neokolonializmie. O koncernach dążących do zysków po trupach setek tysięcy ludzi. O zbrodni popełnionej przez polityków z Waszyngtonu. O zimnej wojnie. O tym, że USA prowadziły w Ameryce Łacińskiej walkę nie z komunizmem, lecz z demokratycznymi aspiracjami społeczeństw. O zorganizowanym kłamstwie w imię wielkich pieniędzy i cenie, jaką za to płacą bezbronni ludzie.
To także opowieść o zmienianiu znaczeń słów, rozciąganiu ich, wykręcaniu na drugą stronę tak, że przestają cokolwiek opisywać. O przeklętej branży public relations, w której prawda jest pojęciem tyleż bezużytecznym, co śmiesznym.
Zbyt radykalne dla miłośników „prawdopośrodkizmu”? Możliwe. Ale to przede wszystkim dla nich jest ta powieść noblisty o dwóch duszach. Vargas Llosa – postać z politycznych dysput – broni kapitalizmu, koncernów, neokolonialnych praktyk i Stanów Zjednoczonych przed krytykami, a egalitaryzm, lewicowość, ludowe aspiracje zwykle egzorcyzmuje. Vargas Llosa – pisarz – nie może ścierpieć krzywd i niesprawiedliwości, jakie wyrządzają pojedynczym ludziom i całym społeczeństwom kapitalizm, koncerny, neokolonialne praktyki i Stany Zjednoczone. Ma słuch absolutny na kłamstwo, w szczególności to sprzedawane nam przez władzę.
Gdy tytułuje powieść „Burzliwe czasy”, z pewnością ma na myśli także te nasze. Opowiadając o przeszłości, ostrzega: zwróćcie uwagę, czy dzisiaj ktoś was nie oszukuje w podobny sposób. Cena kłamstwa, o którym opowiada w nowej powieści, była potworna.
Bananowa ośmiornica
Czy wszyscy wiedzą, gdzie leży Gwatemala? Warto to sprawdzić. Na przełomie lat 40. i 50. minionego stulecia dwaj przywódcy tego małego kraju w Ameryce Środkowej rozpoczęli reformy społeczne. Juan José Arévalo (1945–50) i Jacobo Árbenz (1951–54) chcieli doprowadzić do tego, by pracująca w rolnictwie większość – a większością owej większości są rdzenni mieszkańcy kontynentu – nabyła prawa do niewielkich poletek ziemi, względnie do godziwej zapłaty za pracę na ziemi nie swojej.