Rabaty na prenumeratę cyfrową Polityki

40% lub 50%

Subskrybuj
Kultura

„Ulica strachu”, czyli urok makabry. Dlaczego w horrorach giną nastolatki?

Kadr z serialu „Ulica strachu” Kadr z serialu „Ulica strachu” mat. pr.
Opowiadając straszne historie, nawet nieco przerysowane, można dotykać większych tematów – mówi Leigh Janiak, reżyserka trylogii „Ulica strachu”, serii ukazującej się tego lata na Netflixie.

MARCIN ZWIERZCHOWSKI: Dlaczego bohaterkami i bohaterami przerażających, krwawych historii są dzieci?
LEIGH JANIAK: Projekt „Ulica strachu” wydał mi się atrakcyjny, bo mogłam złożyć hołd kultowym horrorom, klasykom z lat 70. czy 90., wpisując się w bogatą tradycję uśmiercania dzieci, a ściśle nastolatków (śmiech). To ciekawe, że w pracy nad takimi fabułami obojętnieje się na pewne rzeczy, a jednocześnie coś z tyłu głowy mówi: „Kurczę, to jest 15-latek, a to 12-latka!”. I to ich czeka gwałtowny koniec. Zarazem jest coś takiego w horrorze, co sprawia, że rozkwita, gdy dotyczy właśnie nastolatków. Przekonanych o swojej niezniszczalności, pewnych, że nic nie może się im stać.

Czytaj też: „To”. Najstraszniejszy horror roku

Do kogo kierowane są te filmy? Do 12-latków, którzy widzą na ekranie rówieśniczki i rówieśników?
„Ulica strachu” ma oznaczenie R, co wskazuje, że to filmy skierowane do dojrzałej widowni, starszych nastolatków i dorosłych. Sama jako 10- czy 11-latka oglądałam horrory po kryjomu, wypożyczałam je w tajemnicy. Jest jakaś przyjemność w oglądaniu tego, czego oglądać się nie powinno, w zerkaniu na ekran przez palce. Któż z nas nie sądził, że przecież da radę? Popieram to podejście: testowania własnych ograniczeń, przekraczania ich, przynajmniej jeśli chodzi o to, co dzieciom wolno, a czego nie wolno oglądać.

Jak to testowanie granic wyglądało w pani przypadku?
Dorastałam w latach 80. i wypożyczałam filmy, głównie horrory, jak „Laleczka Chucky” czy „Koszmar z ulicy Wiązów”. W latach 90. kontynuowałam tę przygodę z kinem grozy. Odkryłam serię książek „Ulica strachu” R.L. Stine’a, bardzo mnie wciągnęła. Kiedy zajęłam się filmem zawodowo, wybór tego rodzaju kina wydawał się naturalny. Pociągało mnie w horrorach, że opowiadając krwawe, straszne, czasem przerysowane historie, można dotykać większych tematów.

W serii „Ulica strachu” ważnym wątkiem jest orientacja seksualna bohaterek. Współczesne horrory dotykają tematów rasowych („Uciekaj!”, „Kraina Lovecrafta”), przemocy wobec kobiet („Niewidzialny człowiek”) czy właśnie osób LGBTQ+. Kino grozy staje się platformą dla dyskusji społecznych?
To jedna z najciekawszych rzeczy, które dzieją się w kinie grozy. Dużo myślałam np. o „Inwazji porywaczy ciał”. Pierwsza ekranizacja odwołuje się do zimnowojennych lęków przed komunistami, czyli obcymi, a kolejna odnosi się już do strachu kobiet przed zmianami związanymi z ciążą. „Uciekaj!” to też doskonały przykład takiego podejścia. Kino grozy zmienia się, ale i próbuje wrócić do korzeni, m.in. poprzez motyw nawiedzonego domu. Cieszy mnie to, bardzo lubię dobre historie o nawiedzonych domach.

Wracając do „Ulicy strachu”: ponieważ kręciliśmy trzy filmy jednocześnie, mogliśmy nie tylko stworzyć rozległe uniwersum grozy, ale też zagłębić się w opowieść o bohaterach, którzy zwykle w horrorach nie pozostają długo przy życiu. Protagonistami są ci, których historii się nie opowiada – uznani za „innych” czy „nie dość dobrych”. To było dla mnie bardzo ważne.

Czytaj też: Kłopotliwi klasycy fantastyki

W „Ulicy strachu” sceny przemocy są niezwykle obrazowe. Mnie wydały się efektowne, kreatywne… fajne. Potem przyszła jednak refleksja: dlaczego makabryczny mord budzi takie emocje? Zastanawiała się pani nad tym paradoksem?
Staraliśmy się zachować równowagę między brutalnością, pokazując realne konsekwencje przemocy, a tym, by widzowie dobrze się bawili, oglądając. Niesamowite, że da się budzić takie emocje – sprawić, że jakaś postać jest lubiana, łatwo się z nią zżyć i drży się o jej los, gdy zbliża się niebezpieczeństwo. A kiedy już nadejdzie jej okrutny koniec, widzowie reagują pozytywnie, doceniają efektowność tej makabry. Stwierdzają z podziwem: „Jeszcze nie widziałam/em, żeby kogokolwiek tak zamordowano!”.

Zależało mi, żeby te sceny nie wydawały się zbyt lekkie, nie chciałam unikać mocnych elementów, robić czegokolwiek poza kadrem. Przemoc nie może się wydawać nieprawdziwa, być zabawą. Film ma wpędzać w pewien rodzaj dyskomfortu.

To też element budowania napięcia. Ponieważ „Ulica stracha” zamyka się w trzech filmach, zależało nam, żeby widownia przejmowała się losami bohaterów. Musieliśmy pokazać, że nie każdy, kogo polubi i do kogo się przywiąże, wyjdzie z tego cało. Nie chodzi o to, by padło jak najwięcej trupów. To element kreowania angażującej fabuły.

Czytaj też: Oscary boją się horrorów?

„Ulica strachu” to trzy filmy kręcone jednocześnie, które na Netflixie będzie można oglądać co tydzień. Skąd ten pomysł?
Producent Peter Chernin miał w głowie pomysł, jeszcze zanim mnie zatrudniono. Filmy miały trafić do kin w jednym roku. Zadaniem moim i scenarzystów było takie skonstruowanie tych fabuł, żeby miało to sens. Żeby widownia – przyzwyczajona do rocznych czy dwuletnich przerw między kolejnymi filmami w serii – chciała śledzić losy tych postaci. Ostatecznie powstała hybryda kina i telewizji. „Ulica strachu. Część 1: 1994” to samodzielna historia, która daje poczucie zamknięcia głównych wątków fabularnych. A jednocześnie jest w niej coś większego, co ma dalszy ciąg. Przede wszystkim historia bohaterów wciąż się toczy. Ta formuła była wyzwaniem, ale ekscytującym. Mam nadzieję, że widownia też to tak odbierze.

Czytaj też: Jeszcze więcej strachów w filmach

Nie dostajemy „więcej tego samego”, bo plany czasowe są różne (lata 1994, 1978 i 1666), a w efekcie różne są estetyki kina grozy.
Pierwsze dwa filmy najwięcej czerpią ze slahserów [rodzaj horroru, w którym psychopatyczny zabójca morduje kolejnych bohaterów, aż dochodzi do ostatecznej konfrontacji, najczęściej z kobietą/dziewczyną, tzw. final girl – red.]. Cykl otwieramy historią osadzoną w 1994 r., co było ekscytujące, bo w latach 90. slasher przeżywał drugą młodość dzięki takim filmom jak „Krzyk”, „Koszmar minionego lata” czy „Oni”. Postacie były w nich nieco bardziej świadome pewnych gatunkowych klisz, bardziej sarkastyczne, bezczelne, wyluzowane. Nawiązaliśmy do tego fabularnie i wizualnie.

W części drugiej, „1978”, skupiliśmy się na erze narodzin slashera, jego największej popularności, czyli latach 70. i 80. Inspirowały nas ogromnie „Piątek trzynastego”, „Halloween”, „Teksańska masakra piłą mechaniczną”, „Koszmar z ulicy Wiązów”. To coś innego niż slashery z lat 90., bohaterowie są w większym stopniu archetypiczni, wszystko jest bardziej stylizowane.

Wreszcie „1666”, który ma w sobie pewne elementy slashera, ale idzie w stronę zupełnie innego rodzaju horroru. Historia miała ukazać brutalność ludzi wobec innych ludzi. Zło nie jest nadnaturalne, wychodzi z nas. Tu inspirowały mnie „Osada”, „Czarownice z Salem”, a przede wszystkim „Podróż do Nowej Ziemi” Terrence’a Malicka.

„Ulica strachu” wpisuje się w trend kina grozy, które rozgrywa się w przeszłości, w czasach sprzed nowoczesnych technologii, na wsiach i przedmieściach, na pewno z dala od ludnego i dobrze oświetlonego centrum dużego miasta. Współczesność i metropolia nie służą horrorom?
Dotknął pan sedna – telefony komórkowe to największy wróg horrorów (śmiech)! A może generalnie filmów, bo bohaterowie mogliby wszystko po prostu wygooglować. Wiele świetnych fabuł by na tym straciło.

Lata 80. i 90. to też romantyczne wyobrażenie o amerykańskich przedmieściach. Twórczo podszedł do tego Steven Spielberg. Sama wychowałam się na przedmieściach, w ich idei jest coś wyidealizowanego i pięknego, a zarazem przytłaczającego. Chyba dlatego horror w tej scenografii tak rozkwita.

Nie wiem dlaczego, ale byłam bardzo podekscytowana perspektywą najpierw zbudowania planów odzwierciedlających to idealne życie na przedmieściach, a potem rozwalenia ich (śmiech). Wielokrotnie ze scenografem ustalaliśmy, jak osadzić akcję w miejscach, które są znane wyobraźni widza, jak np. centrum handlowe, a potem zniszczyć je i zalać dużą ilością krwi (śmiech).

***

Leigh Janiak – ur. w 1980 r. amerykańska reżyserka i scenarzystka. Debiutowała filmem „Miesiąc miodowy” (2014), reżyserowała odcinki seriali grozy „Outcast: Opętanie”, „Krzyk” i „Panic”. „Ulica strachu” to jak dotąd największy projekt w jej karierze – trylogia filmów pełnometrażowych kręconych w różnych estetykach, luźno opartych na serii książek „Ulica strachu” R.L. Stine’a. Prywatnie Janiak jest żoną Rossa Duffera, jednego z braci Dufferów, twórców „Stranger Things”.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Niezbędnik

Arabowie szukają mistrzów

Siła nauki arabskiej w okresie klasycznym to otwartość na zmiany, ale też zwykła ciekawość świata.

Mateusz Wilk
06.05.2014
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną