Polityka. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

Subskrybuj
Kultura

Zmartwychwstanie „Matrixa”, czyli autorka kontra świat

Kadr z filmu „Matrix Zmartwychwstania” Kadr z filmu „Matrix Zmartwychwstania” mat. pr.
Czwarta kinowa część „Matrixa” jest filmem jednocześnie nadświadomym i niezwykle szczerym.

O tym, że nostalgia jest silnym narkotykiem, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Powracająca w ok. 20-letnich cyklach popkultura korzysta z faktu, że seriale, filmy i książki stały się ważną częścią tożsamości odbiorców. Można przez to odnieść wrażenie, że kultura zaczyna zjadać własny ogon. Do głosu doszło pokolenie twórców, które wychowało się, konsumując popkulturę. „Gwiezdne wojny” George’a Lucasa były próbą ożywienia w nowoczesnym kinie tradycji pulpowej fantastyki. Ich kontynuacja, czyli „Przebudzenie mocy” w reżyserii J.J. Abramsa, to film zrobiony przez fana „Gwiezdnych wojen” dla innych fanów „Gwiezdnych wojen”.

Abrams budował sceny przypominające tzw. oryginalną trylogię, bo zastępował dotychczasowego twórcę George′a Lucasa. Kopiowanie mistrza było nie tylko oddaniem hołdu, ale próbą pokazania, że to nadal są „prawdziwe” Star Wars. Narzekano na brak oryginalności, ale gdy kolejna część, „Ostatni Jedi”, stała się polem do autorskiego popisu Riana Johnsona, który zdekonstruował wiele elementów mitologii, głośna społeczność fanowska zażądała powrotu do źródeł. Trzeci odcinek zrealizował znowu Abrams, najwyraźniej przy pomocy kserokopiarki. Fani dostali, co chcieli, i nikt nie był zadowolony.

Tymczasem Lana Wachowski, reżyserka czwartej części „Matrixa”, powraca do stworzonej wraz z siostrą trylogii w zupełnie innym celu.

Czytaj też: Fani i Disney kłócą się o „Gwiezdne wojny”

„Matrix”. Nieskończona pętla

Powiedzieć, że pierwszy akt nowego „Matrixa” jest przedziwny, to nic nie powiedzieć. To jednocześnie Matrix i zupełny anty-Matrix; niemal dosłowne odtwarzanie scen z kultowej (rzadko tego słowa można użyć z taką pewnością) pierwszej części z jednoczesnym trzymaniem dystansu. „Matrix” okazuje się filmem w filmie – a dokładnie interaktywną grą, którą stworzył Thomas Anderson (Keanu Reeves). To dyskusja autorki Lany Wachowski z własnym dziełem i z tym, jakie miejsce zajmuje w historii popkultury i wspomnieniach fanów. Można narzekać na takie udziwnienia i warstwy meta, ale w tym wypadku wydają się bardzo na miejscu – większość recenzji nowego filmu składa się ze wspomnień seansu części pierwszej i wrażenia, jakie wówczas zrobił na młodych ludziach.

Faktycznie, był to film otwierający oczy – na historie o komputerach, na gnozę wyjętą wprost z prozy Philipa K. Dicka, na efekty specjalne dostępne dotąd jedynie dla fanów japońskiej animacji. Kto nie spotkał się z nimi wcześniej, musiał przeżyć szok kulturowy; uwierzyć, że ludzie mogą biegać po ścianach. Kolejne części były zakładnikami tego pierwszego wrażenia, musiały być „bardziej”, mieć więcej efektów, wielkich scen, filozofii. Dla wielu odbiorców okazały się zbyt nieprzystępne, ale dyskusje o serii trwają od lat.

Splatają się przy tym z biografią autorki; „Matrix” został po latach odczytany jako metafora doświadczeń osoby transpłciowej, doszło też do przejęcia memetycznego filmowej „czerwonej pigułki” przez internetową skrajną prawicę. To wszystko jest zaadresowane w nowym filmie, który powtarza pytanie z pierwszej części: „czym jest Matrix?”. Ale tym razem pyta nie o wirtualne więzienie, w którym trzymana jest ludzkość, ale o sam film i jego fenomen.

Czytaj też: Komiksowi mesjasze i inni zbawcy

Czy fani są zadowoleni? To nieważne

Postać Andersona jest wehikułem dla opowieści o naciskach na twórcę, o dziele, które wymyka się spod kontroli, po które pretensje zgłaszają korporacje (z nazwy wymienione jest Warner Bros., producent filmu) i fani; dopiero po uporządkowaniu tych spraw, spotkaniu się twarzą w twarz z przeszłością reprezentowaną przez nowe awatary w nieskończonej pętli nostalgicznych powrotów, można zająć się na serio nową fabułą i pomysłami. To, co wyjątkowo zagrało w pierwszej części, to oddanie ówczesnego Zeitgeistu. Aby powtórzyć tę sztuczkę, nowy „Matrix” musi być zupełnie inny. Nie zaplanowany z dokładnością do jednego kadru, a kręcony na żywo, by złapać promienie berlińskiego słońca. Nie zimny i zielony, a ciepły i kolorowy. Stary internet, którym straszyły siostry Wachowskie w 1999 r., był siecią komputerową. Dzisiaj jest siecią społecznościową; nie grą, w której można się zdystansować, a ogromnym organizmem, w którym wymieniamy się żywymi emocjami. Emocjami, które mogą zostać uzbrojone i użyte przeciwko nam, zupełnie jak przeciwko bohaterom nowego filmu.

Współautorem scenariusza „Matrix Zmartwychwstania” jest David Mitchell, brytyjski pisarz, który kiedyś w wywiadzie powiedział mi, że w prozie „najważniejsi są ludzie”. Tak właśnie jest w nowym filmie; wątek miłosny Neo i Trinity (Carrie-Ann Moss), który w części pierwszej został potraktowany po macoszemu, dziś jest głównym i wspaniałym daniem, a wszystkie (czasami niezłe) efekty specjalne robią jedynie za tło. Ale czy tego właśnie chcieli fani? Autorki filmu chyba nie interesuje, czego chcieli – to jej opowieść. I bardzo dobrze.

Czytaj też: „Diuna” i GAFA, czyli kosmiczny i cyfrowy feudalizm

„Spider-Man”. Niech żyje korporacja!

A może to nie są czasy dla kina autorskiego? Portalowe nagłówki donoszą nie o triumfie „Matrixa 4”, ale nowej odsłonie kinowego serialu o Człowieku Pająku. „Spider-Man: Bez drogi do domu” to wyjątkowo ciekawy przykład nostalgicznej narracji splecionej niczym pajęcza sieć w korporacyjne zależności. Wierni fani zapewne zdążyli już obejrzeć film, więc nie będę się powstrzymywał ze zdradzaniem niespodzianek – otóż spotykają się w nim trzy kinowe wcielenia Petera Parkera, młodego człowieka, który po ugryzieniu przez radioaktywnego pająka zyskał supermoce.

Swoją rolę powtarza Tobey Maguire, gwiazda trylogii Sama Raimiego z lat zerowych, i Andrew Garfield, który wystąpił w dwóch filmach z cyklu „Niesamowity Spider-Man”. Planowano ich więcej; na ekrany nie trafił ani czwarty odcinek przygód Maguire’a, ani rozbudowujące pajęcze uniwersum filmy z Garfieldem (miał wystąpić w co najmniej dwóch, nie licząc spin-offów). Plany niezrealizowane z powodu słabego odbioru „Spider-Mana 3” (na którego warstwę artystyczną mieli wpływ decydenci z wytwórni) oraz korporacyjne rozgrywki. Kinowe prawa do postaci Spider-Mana, która zadebiutowała w komiksach Marvela, należą do Sony, podczas gdy reszta komiksowej ferajny znajduje się dziś we władaniu należącego do Disneya Marvel Studios. Plany Sony pokrzyżował hakerski atak, a także przedziwnie głośne internetowe opinie, wedle których fani chcieli zobaczyć Pająka razem z kolegami z Avengers. Sony doszło do porozumienia z Disneyem i wypożyczyło bohatera (tym razem wcielił się w niego Tom Holland) do kinowego uniwersum Marvela, jednocześnie produkując jego solowe filmy.

Nostalgia jest silnym narkotykiem

„Spider-Man: Bez drogi do domu” stał się tym samym celebracją korporacyjnej własności. Chociaż fabuła nadal jest wpisana w ramy serialu Disneya, to głównym magnesem jest spotkanie bohaterów ze stajni Sony. Byłem na jednym z pierwszych seansów, w kinie wypełnionym fankami i fanami Spider-Mana. Gdy Andrew Garfield pojawił się na ekranie, cała sala biła brawo jakby wbrew internetowym hejterom sprzed dekady; podobną owację sprowokowało pojawienie się Maguire’a.

Cóż, nostalgia jest silnym narkotykiem. Warner Bros., który konkuruje bezpośrednio z Marvelem, kręcąc przygody Batmana i ferajny, do kolejnego filmu zaprosił Człowieka Nietoperza z 1989 r.

Czytaj też: Jak Spider-Man uratował honor Hollywood

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Sinéad O’Connor: historia zniszczonej kariery

W dzisiejszej gorącej debacie o „kulturze unieważniania” warto pamiętać o historii. Książkowe wspomnienia Sinéad O’Connor nie pozostawiają wątpliwości, że ją unieważniono całkiem skutecznie.

Bartek Chaciński
20.07.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną