Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Kultura

Lepszy niż myślałem. Pilot myśliwców o nowym „Top Gun”

Kadr z filmu „Top Gun: Maverick” Kadr z filmu „Top Gun: Maverick” mat. pr.
Właśnie obejrzałem „Top Gun: Maverick” i jestem miło zaskoczony. Spodziewałem się naiwnego i bzdurnego scenariusza zrealizowanego przy pomocy nierealistycznej grafiki komputerowej, ale było zupełnie inaczej.

Pisząc o nowym „Top Gun”, nie sposób nie wspomnieć o jego pierwszej części z 1986 r. Trwała zimna wojna, film powstał „ku pokrzepieniu serc”, coś jak sienkiewiczowska trylogia, z narracją dla historyków też dość naiwną i naciąganą. Oczywiście we współczesnym świecie film, który ma przynieść sukces kasowy, nie może być trudny i skomplikowany, zatem „Top Gun” miał fabułę łatwą i nieskomplikowaną. Ale mógł się podobać, mówił bowiem o przyjaźni, obronie wartości i tym, że do powodzenia wiedzie ciężka praca. Był tworzony w dobie „przedkomputerowej”, zdjęcia kręcono naturalnie, montowano z nagrań prawdziwych lotów. Tylko sceny zniszczenia samolotów wykonano za pomocą efektów specjalnych na zdalnie sterowanych modelach.

Czytaj też: Pilot polskiego myśliwca o kulisach swojej pracy

Prawdziwy „Top Gun” i jego bliźniaki

Co prawda twórcy pierwszego „Top Gun”, w tym nieżyjący już reżyser Anthony David „Tony” Scott, zaprzeczali, ale zapewne wzorcem głównego bohatera filmu – kpt. Pete′a „Mavericka” Mitchella – był kmdr por. Randall H. „Duke” Cunningham, który wraz ze swoim operatorem uzbrojenia por. Williamem P. Driscollem zostali jedynymi asami wojny wietnamskiej. Za asów uważa się pilotów mających co najmniej pięć zestrzeleń powietrznych. Ponieważ samolot, na którym latali, F-4J Phantom II z dywizjonu VF-96, był maszyną dwumiejscową, uzyskane zwycięstwa przypisano obu lotnikom.

Obaj byli później instruktorami w US Navy (amerykańska Marynarka Wojenna) Fighter Weapons School w Miramar w Kalifornii; ośrodek doskonalenia załóg samolotów bojowych nazwano właśnie „Top Gun”. Szkoła w tej postaci funkcjonowała w bazie Miramar pod San Diego do 1996 r., po czym została przeniesiona do Fallon w Nevadzie, a po reorganizacjach nazwę zmieniono na Naval Aviation Warfighting Development Center (NAWDC). Kursy „Top Gun” są tu nadal prowadzone.

Co ciekawe, amerykańskie Siły Powietrzne mają taką samą szkołę USAF Weapons School w bazie Nellis, też w Nevadzie, ale bliżej Las Vegas. Ta jednostka organizuje najtrudniejsze ćwiczenia na świecie – wielonarodowe, dwustronne Red Flag. Wykonuje się ekstremalnie trudne loty, „walcząc” z przeciwnikiem odgrywanym przez doświadczonych instruktorów z „dywizjonów agresorów” (Aggressor Squadron). Latają na amerykańskich maszynach, ale pomalowanych w barwy potencjalnych wrogów – Rosji, Chin, Korei Północnej, Iranu... Instruktorzy uczą się ich taktyki i starają się ich naśladować. W ćwiczeniu Red Flag brały też udział polskie F-16, wypadły całkiem dobrze.

Amerykańskie szkolenia doskonalące dla liderów ugrupowań i instruktorów taktyki, którzy następnie prowadzą realistyczne szkolenie taktyczne we własnych jednostkach, przynosiły doskonałe efekty w rzeczywistych działaniach wojennych w Iraku czy dawnej Jugosławii, dlatego w europejskich państwach NATO zorganizowano identyczne kursy. Europejski, natowski „Top Gun” nazywa się Tactical Leadership Program i jest organizowany w ośrodku Albecete w Hiszpanii, obsadzonym przez instruktorów z wielu państw Sojuszu. Polskie załogi okresowo biorą udział w kursach TLP, mamy więc własnych absolwentów „Top Gun”.

Czytaj też: Tom Cruise, najsłynniejszy scjentolog Hollywood

Ciemna strona kariery superpilota

W oryginalnym filmie „Top Gun” Randy Cunningham dał wzorzec dwóm postaciom: głównemu bohaterowi oraz instruktorowi kmdr. por. Mike’owi „Viperowi” Metcalfowi, który był odpowiednikiem Cunninghama z czasu służby jako instruktor w szkole „Top Gun”. Przynajmniej tak sugerują ci, którzy byli świadkami długich rozmów Cunninghama i reżysera Tony’ego Scotta w barach (zaprzyjaźnili się). Niestety Cunningham, który choć (podobnie jak „Maverick”) zasłużony i wielokrotnie odznaczany, nigdy nie awansował ponad stopień komandora porucznika (odpowiednik podpułkownika). Po służbie wojskowej został za to senatorem USA ze stanu Kalifornia z ramienia Partii Republikańskiej.

I tu zaczyna się ciemna karta jego historii – został oskarżony o korupcję, skazany na siedem lat więzienia, odsiedział sześć i pół. Ponieważ pierwszy „Top Gun” powstawał przy wsparciu i współpracy US Navy – podobnie zresztą jak obecna część – to więzień Cunningham nie za bardzo nadawał się na bohatera. Dlatego po latach zaprzeczano, że był wzorcem dla bohaterów. Opublikowano nawet specjalne oświadczenie, że postaci są wzorowane na wielu pilotach bojowych US Navy.

Czytaj też: Nikt nie jest piękny na zawsze. Archiwalna rozmowa z Tomem Cruise′em

„Top Gun: Maverick” – 10 Machów

Ponieważ Tony Scott popełnił samobójstwo w 2012 r., obecny film był reżyserowany przez Josepha Kosinskiego, wcześniej znanego grafika komputerowego, którego ojciec był lekarzem polskiego pochodzenia. Akcja jest dość prosta, ale nie do końca naiwna i do pewnego stopnia opiera się na prawdziwych wydarzeniach – ataku na reaktor atomowy Osirak w Iraku, który został przeprowadzony przez izraelskie F-16 w osłonie myśliwców F-15 w czerwcu 1981 r.

Oczywiście do nowego „Top Gun” dodano sporo dramatyzmu, wymyślając lot doliną poniżej pola wykrycia radarowego, a akcję przeniesiono do bliżej nieokreślonego państwa. Państwo to użytkuje jednak myśliwce F-14 Tomcat, bohaterów pierwszego „Top Gun”. Jest na świecie kraj, który nadal używa tych samolotów, w USA już wycofanych. Był też ich jedynym zagranicznym odbiorcą – to Iran. Sugestia jest dość oczywista.

Film zaczyna się od prób myśliwca hipersonicznego, co jest oczywiście pieśnią przyszłości, ale kiedyś człowiek zapewne pokona te bariery. „Maverick” osiąga prędkość Ma=10,0 (Ma – liczba Macha odpowiadająca prędkości dźwięku na danej wysokości, bo ta się zmienia), którą dziś osiągają tylko doświadczalne pociski hipersoniczne wykonane ze specjalnych materiałów. Ale może kiedyś i samoloty? Moim zdaniem raczej zdalnie sterowane bezpilotowce, które stopniowo wypierają pilotowane lotnictwo w wielu zadaniach.

Czytaj też: W 1988 r. USA omyłkowo zestrzeliły irański samolot

Jak szybka jazda samochodem na szklance

Nie pokazano natomiast, że lot na rozpędzanie samolotu do wysokiej prędkości jest bardzo specyficzny. Do osiągnięcia maksymalnych parametrów prędkościowych i wysokościowych prowadzi bardzo wąska ścieżka, trzeba wykonać lot według specjalnego profilu, dokładnie utrzymując parametry. Mój jednomiejscowy Su-22 osiągał Ma=1,7, ale jego dwumiejscowa wersja szkolna Su-22UM3 docierała do Ma=2,1, miała bowiem regulację tunelu wlotowego powietrza do silnika.

Gdy sam się szkoliłem, z moim instruktorem nie osiągnęliśmy podwójnej prędkości dźwięku, ale kiedy już byłem instruktorem, rozgoniliśmy z uczniem „Sunię” do mniej więcej Ma=2,1, czyli prędkości dopuszczalnej. Muszę przyznać, że osiągnęliśmy to na wysokości 17 tys. m, 5 km w stratosferze, gdzie na zewnątrz prawie nie ma powietrza (ciśnienie jakieś 150 MPa, na ziemi mamy ok. 1000 MPa), dlatego samolot reagował na stery ze sporymi opóźnieniami, mając tendencje do oscylacji, do których nie mogliśmy dopuścić, bo łatwo w nich stracić panowanie nad maszyną. To coś jak szybka jazda samochodem na kompletnej „szklance”.

Warto też pamiętać, że prędkość, przy której samolot wpada w korkociąg na tej wysokości, wynosi ok. Ma=1,5, a zatem zakres prędkości, z którą można się poruszać, jest bardzo niewielki. Najgorsze jest jednak nie samo rozpędzanie, lecz wyhamowanie. Gwałtowne zmniejszenie obrotów silnika powoduje bowiem rozerwanie wlotu powietrza i zniszczenie samolotu w warunkach, przy których katapultowanie nie daje żadnych szans na przeżycie – nie przy tej prędkości. Dlatego trzeba to wszystko robić bardzo delikatnie, jeśli człowiek chce dalej żyć. Trzeba też wytracać wysokość, by mieścić się cały czas w wąskim przedziale prędkości dostępnym na danej wysokości w miarę wytracania tempa. Im niżej i wolniej, tym strefa dostępnych prędkości poszerza się znacząco w dół, choć ta maksymalna zaczyna maleć.

I tego właśnie na filmie nie pokazano. Tej „wąskiej ścieżki”, dokładnego utrzymania odpowiednich parametrów prędkościowo-wysokościowych. Maverick wsiadł jak na konia i wio! Jazda bez trzymanki do Ma=10,0 – prędkości dziś absolutnie nieosiągalnej.

Czytaj też: Potężna broń hipersoniczna. Rosja i Chiny już ją mają

Naciągany atak w wąwozie

Nieco naciągana była też sama akcja z dolotem przez wąwóz, choć trzeba przyznać, że piloci bojowi przechodzą szkolenia na bardzo małych wysokościach. Sam nie mogę się nadziwić własnej głupocie z lat młodości, kiedy człowiek do latania przy samej ziemi z zawrotną prędkością podchodził z wielkim entuzjazmem. Najlepiej to określił Wiktor Korczyński, legenda polskiego naddźwiękowego lotnictwa myśliwsko-bombowego, który jak nikt opanował Su-22 absolutnie perfekcyjnie. Użył porównania (z góry przepraszam): „to jak wsadzić łeb do kibla w pociągu pospiesznym i liczyć podkłady”. Kiedyś bowiem nie było w pociągach toalet o zamkniętym obiegu i przez otwór dało się zobaczyć tory. Jak się pociąg nieźle rozbujał, podkłady migały jak oszalałe, zresztą identycznie jak fragmenty krajobrazu w rozpędzonym samolocie na bardzo małej wysokości.

Spodziewałem się, że w „Top Gun: Maverick” zobaczymy same efekty komputerowe, które w tak idiotyczny sposób kompletnie zepsuły „Pearl Harbor”. Tymczasem gdzie się tylko dało, wykorzystano prawdziwe zdjęcia z lotów na małej wysokości i walk powietrznych, ewidentnie nakręconych w czasie ćwiczeń Red Flag. Podczas manewrów takie latanie jest praktykowane przez dopuszczone do tego najbardziej doświadczone załogi – także we wnętrzach kanionów. Inne sceny zostały najpewniej nakręcone w dobrym symulatorze lotu, tzw. FMS (Full Mission Simulator), co rzucało się w oczy, ale zdjęcia te są i tak o niebo bardziej realistyczne od dziwacznych wyobrażeń grafików komputerowych. Graficy odtwarzają sceny w powietrzu od wielu już lat i poza nielicznymi wyjątkami (np. japoński film „Kamikaze”) bardziej odbiegające od rzeczywistości ujęcia trudno sobie wyobrazić.

Czytaj też: Gdzie się podziało rosyjskie lotnictwo? Silne tylko na papierze

Nie zapomnieli o przeciążeniu, ale ten drążek…

Bardzo dobrze pokazano natomiast działanie przeciążenia. W wielu filmach ten aspekt latania jest pomijany, piloci wykonują ciasne manewry na dużej prędkości z uśmiechem na twarzach, a tu starano się przynajmniej przybliżyć jego oddziaływanie. Twórcom nie udało się jednak pokazać, co widzi pilot poddany przeciążeniu, bo to nie jest tylko tak, że obraz traci ostrość (to też), ale w istocie mocno zawęża się pole widzenia, jakby człowiek patrzył przez jakiś korytarz, potem obraz zaczyna migać i następuje blackout. Najciekawszy jest moment, kiedy człowiek całkiem traci wzrok i słuch, ale jeszcze chwilę zachowuje świadomość. Zawsze miałem takie skojarzenie, że tak będą wyglądały ostatnie chwile życia... Źle jest, gdy człowiek ma za dużą wyobraźnię.

Nie podobało mi się natomiast, że pokazano ruchy sterami tak, jakby pilot nie posługiwał się drążkiem sterowym, tylko korbą od studni. Nie macha się drążkiem, jakby człowiek młócił cepem zboże. Samolot ostro reaguje na maciupkie wychylenia steru, zwłaszcza na dużej prędkości. Współczesne myśliwce mają strasznie czułe stery i wykonuje się na nich niewielkie, czasem trudno dostrzegalne ruchy drążkiem. Rzadko kiedy są one tak radykalne, a jeśli nawet są, to natychmiast się je „kontruje” przeciwruchem, by zatrzymać obrót samolotu wokół określonej osi.

Poza tym jest wiele drobnych błędów, które nie mają jednak większego znaczenia dla percepcji filmu. Przykładowo: nie używa się flar jako środka samoobrony przeciwko rakietom kierowanym radarem, bo stanowią pułapki, ale w podczerwieni. Przeciwko naprowadzaniu radarowemu stosuje się wyrzucane dipole (niewielkie paski aluminium) i zakłócenia aktywne (sygnały radiowe), ale to wszystko nie wygląda tak efektownie jak błyszcząca flara.

Historia, jakiej nie znacie: Masakra w Niedzielę Palmową

Jak to jest w myśliwcu?

Podsumowując, film mogę polecić. Jest w nim sporo o przemijaniu, z którym wszyscy musimy się pogodzić, nie tylko piloci. To bardzo bolesne, ta świadomość odjeżdżających pociągów, do których już nie wsiądziesz. I właśnie „Maverick” nie potrafi sobie z tym poradzić.

Myślę, że mnie się to udało. To, czego może być brak, już było. Ale wszystko przemija. Już nigdy nie wsiądę do kabiny Su-22, nie poczuję tej mocy, tego szalonego, dzikiego pędu na pasie, nie porwie mnie rozbrykany samolot rwący ostro do góry, daleko, jak najdalej...

Nie będę wsłuchiwał się w dźwięk silnika, gwizd turbiny, szum powietrza... Nie będę się wpatrywał w lekko zaokrągloną linię horyzontu i granatowe niebo 5 km ponad granicą stratosfery. Kiedy masz świadomość, że nad Tobą jest kilku kosmonautów i może kilkunastu takich samych wariatów jak ty, którzy w szczelnym hełmie i niewygodnym kombinezonie na jakimś F-15, U-2 czy MiG-25 gdzieś na świecie wspinają się tam, gdzie powietrza już niemal nie ma.

Razem ilu? 30, 40? Nie więcej.

A pod Tobą? Ilu ludzi jest POD TOBĄ?

SZEŚĆ MILIARDÓW.

I tego już nie będzie. Taka kolej rzeczy. Zresztą już bym się chyba bał.

Ale w mózgu to jest. Siedzi. Jak nagrany film. Siadasz w fotelu, przymykasz oczy i odtwarzasz... Znów pędzisz wysoko nad chmurami z prędkością większą niż wystrzelony z pistoletu pocisk, nad chmurami, które są tak nisko pod Tobą, że wyglądają jak płaty śniegu na polach i lasach... A te szare plamy to chyba miasta... Ludzi nie widać od dawna. Ale po co Ci ludzie? Tu, gdzie jesteś Ty, było bardzo niewielu ludzi. Nieliczni, wybrańcy losu.

I nie musisz znowu wsiadać do kabiny i się męczyć w niewygodnym kombinezonie i szczelnym hełmie, w którym każda kropla potu płynąca po skroni, a której nie ma jak wytrzeć, jest wyjątkowo nieznośna.

Wystarczy świadomość, że tam byłeś.

Czytaj też: Ciche urodziny F-35. Samolot, na który postawiła Polska

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

W hamaku i na leżaku. Wybraliśmy 12 książek na lato

Latem można nadrobić zaległości z całego roku, dlatego proponujemy starannie wybrany zestaw 12 gorących powieści, kryminałów i książek non-fiction z ostatnich miesięcy. Wciągających, poruszających, odkrywczych.

Jakub Demiańczuk, Justyna Sobolewska, Aleksandra Żelazińska
02.07.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną