Zostaną tylko guziki
'Katyń' to film, który Andrzej Wajda musiał zrobić. Po pierwsze z powodów osobistych - jednym z oficerów zamordowanych w 1940 r. był jego ojciec. Ale miał ten obowiązek również jako artysta i kronikarz losu polskiego; bez przypomnienia zbrodni katyńskiej ta narracja nie byłaby pełna.

Od samego początku przygotowań do „Katynia” pojawiało się mnóstwo pytań i wątpliwości – o czym miałby być dzisiaj ten film, jak pokazać ofiary i jak przedstawić zbrodniarzy? Przecież choć historia ostatecznie się nie skończyła, to jednak narody są obecnie bardziej niż kiedykolwiek skłonne do przebaczania sobie win. Kto potrafi napisać scenariusz na miarę oczekiwań? Najpierw był projekt Włodzimierza Odojewskiego (autora powieści „Zawieje wszystko, zasypie”), z którego Wajda ostatecznie zrezygnował, potem Andrzej Mularczyk napisał „Post mortem” – na podstawie tego tekstu powstał ostateczny scenariusz, pod którym podpisała się trójka autorów (Andrzej Wajda, Przemysław Nowakowski, Władysław Pasikowski).

Powiedzmy od razu, scenariusz, rezultat długotrwałych prac i uzgodnień, nie jest najmocniejszą stroną filmu. Przede wszystkim brakuje w nim głównego bohatera, którego los wyrażałby dramat tamtego tragicznego pokolenia, a więc kogoś takiego jak Maciek Chełmicki w „Popiele i diamencie”. Mamy wprawdzie paru bohaterów pełnowymiarowych, ale pojawiają się też na ekranie postaci ledwie naszkicowane, niepogłębione psychologicznie. Dlatego też nie wszystkie wątki filmu mają jednakową siłę dramatyczną. Ale to rezultat założonej koncepcji – „Katyń” ma być bowiem epopeją przedstawiającą losy zbiorowe.

W przesłaniu zamieszczonym w charakterze wstępu do książki Andrzeja Mularczyka „Post mortem” Wajda tak przedstawiał swą wizję „Katynia”: „Film ukazujący do bólu okrutną prawdę, której bohaterami nie są zamordowani oficerowie, lecz kobiety czekające na ich powrót każdego dnia, o każdej godzinie, przeżywające nieludzką niepewność. Wierne i niezachwiane, pewne, że wystarczy otworzyć drzwi, a stanie w nich od dawna oczekiwany mężczyzna. Tragedia Katynia dotyczy tych, którzy żyją, i tych, którzy wtedy żyli”. Film spełnia te obietnice.

Kobiety w kinie polskim zawsze były na drugim planie. Także w filmach szkoły polskiej, współtworzonej przez Andrzeja Wajdę, gdzie miały wyglądać pięknie i uświadamiać tragicznym bohaterom urodę życia, którego nigdy nie zaznają. Jedna z pierwszych scen „Katynia” jest przypomnieniem owego paradygmatu. Anna (Maja Ostaszewska), żona rotmistrza Andrzeja (Artur Żmijewski), odnajduje męża gdzieś na wschodzie, gdzie już zgarnęła go Armia Czerwona i za chwilę wraz z towarzyszami broni przetransportuje do obozu, z którego nigdy nie wróci. Ale o tym jeszcze nie wie ani on, ani jego koledzy, może jedynie żona, obdarzona kobiecą intuicją, przeczuwa najgorsze, dlatego namawia go do ucieczki. Ale Andrzej uciec nie może, ponieważ jest polskim oficerem, spadkobiercą tradycji rycerskiej, nakazującej powinności wobec ojczyzny i wojska przedkładać nad wszystkie inne, z rodzinnymi włącznie. Anna próbuje nawet szantażu, przypomina mężowi, że ślubował być z nią aż do śmierci, a teraz zostawia ją i ich córkę, na co on odpowiada, że składał też przysięgę wojskową. I ta jest ważniejsza.

Za chwilę nastąpi pożegnanie, a cały film, który właściwie zaczyna się od tej sceny, jest opowieścią o czekaniu kobiet na swych bliskich, o których wiosną 1940 r. słuch zaginął. Jedną z nich jest żona rotmistrza Andrzeja, ale są też inne. Żony, matki, córki, siostry. Ich udręka nie kończy się w 1943 r., kiedy Niemcy odkrywają groby katyńskie i, wykorzystując tragedię propagandowo, ogłaszają listy pomordowanych. (Nie wszystkie nazwiska się na nich pojawiły, zdarzały się też błędy). I bynajmniej nie w 1945 r., kiedy nastaje nowy ustrój, dla którego kwestia katyńska jest jednym z „kłamstw założycielskich”.

W filmie Wajdy to przede wszystkim kobiety nie chcą przystać na kłamstwo. Jak żona generała (Danuta Stenka), która – oglądając radziecką kronikę filmową, w której przekonuje się, że zbrodni dokonali Niemcy – puka do kabiny operatora i krzyczy: „To kłamstwo!”. Albo jak grana przez Magdalenę Cielecką siostra jednego z poległych w Katyniu, pragnąca ufundować mu tablicę, na której znajdzie się rzeczywista data jego śmierci. Dziewczyna, chcąc zdobyć pieniądze na ten cel, sprzedaje teatrowi swe piękne włosy, które przydadzą się aktorce mającej zagrać Antygonę. Ale to siostra poległego w lesie katyńskim jest tą prawdziwą Antygoną, tragedia rozgrywa się zaś w rzeczywistości, zmuszającej do dokonywania wyborów: zacząć nowe życie z kłamstwem czy dochować za wszelką cenę wierności zanegowanym ideałom?

Andrzej Wajda już w swych dawnych filmach pokazywał, jak kończyła się przedwrześniowa Polska. Dość przypomnieć „Lotną”, z melancholijnym jesiennym krajobrazem i białym koniem wyobrażającym śmierć. W „Katyniu” symbolika jest znacznie bardziej dosadna. Już w prologu widzimy radzieckiego sołdata rozdzierającego polską flagę na pół; czerwony fragment pozostawi na proporcu, z części białej zrobi sobie onucę. Niczym cytat z „Popiołu i diamentu” pojawia się obraz rozstrzelanej figury Chrystusa. Dominuje w tych pierwszych sekwencjach tonacja elegijna – to requiem dla ginącego kraju, co podkreślają zdjęcia Pawła Edelmana oraz muzyka Krzysztofa Pendereckiego.

Nie przypadkiem główni bohaterowie filmu pochodzą z Krakowa. Gród z górującym nad nim wzgórzem wawelskim jest symbolem dawnej naszej świetności, teraz, jak się wydaje, ostatecznie zagrożonej. Rycerscy oficerowie, wychowani w mieszczańskich salonach pełnych starych pamiątek, nie wrócili z „nieludzkiej ziemi”. „Zostaną po nas tylko guziki” – przewidywał naznaczony tragizmem porucznik Jerzy, przyjaciel rotmistrza Andrzeja, co przypomina znaną strofę Tadeusza Borowskiego „Zostanie po nas złom żelazny i głuchy, drwiący śmiech pokoleń...”. Ojciec żony rotmistrza, profesor, został wywieziony przez Niemców do Sachsenhausen, skąd jego prochy wrócą w topornie zbitym drewnianym pudełku. Odważny ksiądz trafił do aresztu, jego następca nie ma raczej ochoty narażać się władzy. „Wolnej Polski już nigdy nie będzie” – mówi po zakończeniu wojny jedna z bohaterek filmu, nauczycielka, która chce za wszelką cenę uwierzyć, że „praca u podstaw” w każdych okolicznościach ma sens.

Ale trudno być zarazem po jednej i po drugiej stronie, o czym przekonuje się porucznik Jerzy, który przeżył i wrócił do Krakowa w mundurze majora Ludowego Wojska Polskiego. Sztuka ta nie udaje się również Tadziowi, chłopakowi, który niedawno wyszedł z lasu i chciałby, korzystając z amnestii, rozpocząć nowe życie. Pragnie być malarzem, chce zapisać się na Akademię Sztuk Pięknych (jak sam Andrzej Wajda, który w 1946 r. rozpoczął studia w krakowskiej ASP). Nie potrafi jednak przejść obojętnie obok plakatu szkalującego Armię Krajową. Zwraca na siebie uwagę patrolu wojskowego, który rusza za nim w pościg. Jakby Maciek Chełmicki powtórnie odbywał swój bieg ku zatraceniu. Kto zajmie ich miejsce? Nowych ludzi reprezentują w filmie funkcjonariusze instalujący nowy, importowany ze Wschodu ustrój. Ale należy do nich również przedstawicielka ludu polskiego – służąca (Stanisława Celińska), postać napisana trochę na skróty, której mąż walczył w oddziałach AL i teraz w nagrodę zostaje burmistrzem sporego miasta. Przechowała wprawdzie szablę swego pana, który nie wrócił z Katynia, ale teraz ze zrozumieniem przyjmuje awanse.

Kiedyś w rozmowie z Wajdą spytałem go, czy w swym filmie o zbrodni katyńskiej, wzorem Spielberga („Lista Schindlera”) i Polańskiego („Pianista”), pokaże także dobrego wroga, a więc czy i tutaj możliwy jest trudny happy end? Reżyser bez wahania odpowiedział, że szczęśliwym zakończeniem będzie to, iż rodziny ofiar zbrodni katyńskiej doczekały się prawdy. Nie oglądamy wprawdzie tego momentu na ekranie, akcja musiałaby bowiem trwać do początku lat 90., ale przede wszystkim byłby to zbędny epilog, który znamy przed wejściem do sali kinowej.

Z pewnością pojawią się pytania – myślę głównie o przyjęciu filmu za granicą – o stosunek polskiego twórcy do Rosjan. Zresztą już przed tegorocznym Cannes krążyła plotka, że Francuzi nie chcieli „Katynia”, aby nie psuć sobie przyjaznych relacji z Moskwą. Jeżeli tak było w istocie (sam Wajda zaprzecza), to ostrożność dyrekcji festiwalu była przesadnie wielka. Wajda, podobnie jak Józef Czapski w zamieszczonej obok rozmowie, nie ma zamiaru oskarżać całego narodu. Pojawia się nawet w filmie przyzwoity Rosjanin, taki Nikita Ryków z „Pana Tadeusza” („Moskal, lecz dobry człowiek”), który – powodowany jak najszlachetniejszymi pobudkami – proponuje małżeństwo żonie rotmistrza Andrzeja, tłumacząc, że w ten sposób ocali ją i jej dziecko. Dobry wróg naprawdę budzi sympatię, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że jest postacią nieco z innego świata, jakby dodaną przez scenarzystów w celu pokazania, że nie wszyscy Rosjanie są jednacy.

„Katyń” jest jednak przede wszystkim oskarżeniem systemu totalitarnego. W filmie pojawia się wyraźna informacja, że zbrodnia została wykonana na polecenie najwyższych władz KPZR. Na ekranie widzimy zniewolonych wykonawców tego rozkazu: są niemal anonimowi i pozbawieni emocji. Nie zapamiętujemy ich twarzy; jedni wydają rozkazy, a drudzy je wykonują. Jak roboty zaprogramowane odgórnie do zabijania. Kiedy pierwszy z polskich jeńców, generał grany przez Jana Englerta, idzie na miejsce kaźni, w ostatniej chwili życia spogląda na wiszący na ścianie portret Stalina, który staje się w ten sposób sprawcą i świadkiem mordu.

Od egzekucji generała zaczyna się najbardziej wstrząsająca część filmu. Sekwencja, która burzy chronologiczny porządek, pojawia się w retrospekcji. Do rąk wdowy po rotmistrzu Andrzeju trafia relikwia – kalendarzyk, w którym jej mąż zapisywał, kiedy tylko mógł, co działo się w łagrze w Kozielsku. Jest to zapis narastającego poczucia beznadziei, z którą walczą resztki wiary w ocalenie. I pytanie, co będzie dalej, kiedy Rosjanie zaczynają wywozić grupkami polskich jeńców na stację Gniezdowo. A potem widz jest świadkiem egzekucji oglądanej w bliskich planach. Sznur na szyję, którym jednocześnie związane zostają wykręcone w tył ręce, i strzał w potylicę. I następny strzał, następny, następny...

Dwadzieścia parę minut, których nie da się zapomnieć. Mówię o swoich odczuciach, lecz podejrzewam, że reakcje większości widzów będą podobne.

Z pewnością „Katyń” będzie pamiętany właśnie poprzez tę ostatnią scenę. A jednak Wajda nie po to zrobił film, aby epatować fizycznością mordu, wzniecać dawne urazy albo przypominać, iż byliśmy „Chrystusem narodów” i cierpieliśmy więcej niż inni. Konflikty zbrojne ostatnich kilkudziesięciu lat pokazały, że przemoc i zbrodnia w dziejach ludzkości nie mają końca. „Katyń” to przypomnienie, że od samej zbrodni gorsze jest kłamstwo. A przecież w tym kłamstwie kazano żyć Polakom przez cały czas trwania państwa zwanego PRL.

To pewnie ostatni ważny film z tych, które nie mogły być wcześniej nakręcone. Dobrze, że powstał.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj