Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kultura

Trudne stulecie art déco. Krytycy nazywali go „szkołą kokot” i „źle urodzoną nowoczesnością”

Wieżowiec Chryslera, jedna z ikon architektury art deco. Wieżowiec Chryslera, jedna z ikon architektury art deco. Shutterstock
Styl art déco nawet po stu latach wywołuje spory. Na liście grzechów: kolonializm, szowinizm i mordowanie zwierząt.

To pierwszy styl, który miał zasięg globalny. W sensie geograficznym – bo na jego przykłady trafimy i w Szanghaju, i w europejskich miastach, aż po metropolie Ameryk i krajów afrykańskich. W sensie geopolitycznym – bo odsyłał do konkretnej obyczajowości, współkształtował (według krytyków – narzucał) określoną wersję przyszłości cywilizacji. Podporządkowaną rosnącemu tempu życia nakręcanego kulturą automobilów, samolotów i transatlantyków (w tym tych o proweniencji polskiej, które wiozły migrantów zarobkowych i turystów do nowego świata). Współgrał z postulatami hedonistycznej zabawy, bogacenia się, elegancji, podboju świata dla dreszczyku. Promował atletyzm, turyzm, sporty wyczynowe, lifefestylowy popis.

To także pierwszy kierunek estetyczny, który objął wszystkie dziedziny projektowania. W nurcie art déco eksperymentowano z kształtem obcasa, formą flakonów perfum, dekoltami i sukienek. Był tym, co makro i mikro: limuzyny, wieżowce, stadiony, hale sportowe, baseny, stacje metra i dworce, skocznie narciarskie i wnętrza kasyn.

Czytaj też: „Polityka” poleca 5 najważniejszych wystaw tej jesieni. Kusama, Abramović i surrealiści

Ostentacyjna nowoczesność

I choć dziś być może nawet laik wyjaśni pokrótce składowe stylu, czerpiąc z gigantycznego zbioru obiektów kanonicznych i codziennych, własnej nazwy nurt art déco doczekał się stosunkowo późno. Dopiero w 1968 r. Bevis Hiller, angielski teoretyk sztuki i publicysta, redaktor „The Times Saturday Review” i magazynu „The Connaisseur” wydał książkę, w której ujął jego cechy w ramy krytyczne. W jego wykładni to styl „ostentacyjnie nowoczesny”, który rozwinął się w latach 20. XX w., a swój szczyt osiągnął w kolejnej dekadzie. Ujęte w skrócie cechy nurtu to silne zgeometryzowanie, syntetyczne formy, złote i miedziane detale, zygzaki, romby i trójkąty na powierzchniach. Czyli to, co składa się na do dziś aktualne pojęcie luksusu: formalny rygor i bogate tworzywa.

Płaskorzeźba w holu dawnego budynku Daily Express w Londynie (1932 r.)WikipediaPłaskorzeźba w holu dawnego budynku Daily Express w Londynie (1932 r.)

Co do początków nurtu, nie ma dezorientacji. Za symboliczną datę narodzin stylu uznaje się Międzynarodową Wystawę Sztuki Dekoracyjnej i Wzornictwa (Exposition Internationale des Arts Décoratifs et Industriels Modernes), zorganizowaną w Paryżu przez francuski rząd w 1925 r. Zaaranżowany w swoistym „miasteczku” w centrum stolicy spektakl najnowszej architektury, wzornictwa przemysłowego, sztuk pięknych i dekoracyjnych, miało odwiedzić, zależnie od źródeł, od 14 do 16 milionów gości. Dwadzieścia jeden państw reprezentowanych przez 15 tys. wystawców dawało wyraz odradzającej się nadziei na postęp, współpracę i możliwość nowego umeblowania świata po wojennej katastrofie.

Wystawę otwarto z dziesięcioletnim poślizgiem – plany na 1915 r. zaprzepaściła Wielka Wojna. Ekspozycję traktowano jako symboliczne zakończenie żałoby, Paryż upomniał się o centralne miejsce na mapie świata. Ameryki nie zaproszono.

Czytaj też: Co robić z zielenią? Warszawa otwiera nowy park. Miasta są w Polsce miejscem napięć

Wszystko i nic

Dziś art déco często zdaje się drażnić koneserów zbytnią dostępnością, a krytycy wołają, że do worka z tą nazwą wrzucamy, co popadnie. Bałagan wokół kryteriów wyróżniania stylu powiększają praktyki kulturowe: czasem nawet warszawski Pałac Kultury i Nauki ma być reprezentantem tego nurtu, a także słynące z wystawności i bogactwa kryształowych żyrandoli i efektownych okładzin stacje metra moskiewskiego.

„Pozwoliliśmy, by termin obejmował praktycznie wszystko, co wytworzyliśmy między dwoma wielkimi wojnami” – napisał na łamach magazynu „Dezeen” Edward Demison, profesor architektury specjalizujący się w dziedzictwie modernistycznym. Ale to nie jedyny zarzut badacza wobec stylu, kolejnym jest uwikłanie w kolonializm.

Mural w budynku federalnym w Waszyngtonie autorstwa Rockwella Kenta (1938 r.)WikipediaMural w budynku federalnym w Waszyngtonie autorstwa Rockwella Kenta (1938 r.)

„Art déco nie jest już tylko zachodnim terminem określającym egzotyczny styl międzywojenny inspirowany innymi kulturami, ale ogólnym językiem opisującym wyłącznie zachodnie doświadczenia i postrzeganie innych kultur” – pisze Demison. Projektanci dokonywali kradzieży symbolicznych, na przykład anektując od Azteków dysk eksplodujący światłem, egipskiego sfinksa czy zmysłową pumę zdobiącą wielki hall, sypialnię czy schody.

Grabież dotyczyła także tworzyw i surowców. Moda na luksusową egzotykę wymagała pozyskiwania przez Europejczyków i Amerykanów kości słoniowej, skóry krokodylej, żółwich pancerzy, bursztynu, onyksu, marmuru, złota. Meble wyrabiano m.in. z drewna hebanowego, importowanego z Afryki, Indii i Cejlonu, oraz mahoniowego, przywożonego z Wysp Karaibskich, Kuby i Ameryki Środkowej.

Czytaj też: Stare i nowe szaty króla. Wystawa strojów z historycznym rozmachem

Diwy i flapperki

Co jeszcze zostało nam po stylu narodzonym sto lat temu? Pełen sprzeczności obecnych w kulturze do dziś jest wyłaniający się z obrazów, reklam i literatury wizerunek kobiety. Wszystko wskazuje na to, że epoka wydała na świat wykluczające się figury żeńskie – hollywoodzką diwę w syreniej kreacji z wyraźnym biustem oraz nonszalancką, trzymającą w dłoni cygaro i kołyszącą się do jazzowych melodii dziewczynę (nazywaną flapper) w tunikowej sukience, z bobem na głowie zamiast kaskady loków. Do popularności tej drugiej przyczynił się wielki mistrz modernistycznej mody Paul Poiret, oczarowany Japonią i kostiumami słynnych ballet russe świecących triumfy w Paryżu.

Flapper girl na okładce magazynu Life z 1922 r.WikipediaFlapper girl na okładce magazynu Life z 1922 r.

Czasy rosnącej popularności prasy, przyspieszającej turystyki i wystaw światowych, sprzyjały szybkiemu rozprzestrzenianiu się idei i natychmiastowemu ich ucieleśnianiu. Flapperki nad Sekwaną, w Chicago i Londynie mogły swobodnie ruszyć na parkiet, pary na randkach – całować się w samochodach, nuworysze – zdobić swoje „hallways” złotymi zygzakami i stawiać pumy w ogrodach, kupować syntetyczne bransoletki Fulco di Verdury, który projektował dla Coco Chanel. Lodowate kobiety usytuowane w limuzynach i wieżowcach patrzą na nas już na zawsze z niepokojących erotyką obrazów Tamary Łempickiej, a topos samochodowej randki ma się dobrze i w sto lat od narodzin stylu.

Czytaj też: Yoko Ono nadal walczy o pokój. To artystka przegranej sprawy?

Piekło awangardy

Ale dla prawdziwej, bezkompromisowej awangardy styl art déco był wsteczny i wulgarny, czerpał z repertuaru, który należało zakwestionować: historyzmu, egzotycznych ornamentów. Według międzywojennych rewolucjonistów nurtowi brakowało autentyzmu i brawury, spowalniał marsz ku wyzwoleniu form. Krytycy nazywali go „szkołą kokot”, „ohydnie nowoczesnym nurtem” czy „źle urodzoną nowoczesnością”. Umasowienia stylu, czyli schlebiania popularnym gustom za wszelką cenę, chciał uniknąć jeden z ojców chrzestnych art déco na polu wzornictwa, czyli Emil Jacques Ruhlmann, twórca tzw. Hotelu Kolekcjonera.

Hotel Kolekcjoneramat. pr.Hotel Kolekcjonera

Ten ekskluzywny pawilon wypełniony przyprawiającymi o szybsze bicie serca meblami stał się symbolem paryskiego expo w 1925 r. „Byłoby pożądanym edukować masy, ale musimy postępować odwrotnie” – deklarował Emil Jacques Ruhlmann. Jego monumentalne, pieczołowicie wykończone meble wypełniające salon, jadalnię, łazienkę, do dziś stanowią przykłady wyrafinowania z najwyższej półki.

Czy styl miał szansę się nie umasowić? Raczej nie. Nawet gdy miliony widzów chciały klękać we wnętrzach Hotelu Kolekcjonera, Ruhlmann skarżył się dziennikarzom, że do interesu dopłaca – użycie palisandru, kości słoniowej, hebanu okazywało się zbyt kosztowne nawet przy otaczającym go uwielbieniu salonowców i arystokracji. Ta ostatnia zresztą gwałtownie biedniała. Wkrótce po zamknięciu expo projektant zaczął pokrywać kosztowne drewno swoich mebli celulozą, stosować metalowe wzmocnienia konstrukcji. Nie dało się bowiem zatrzymać procesów wynikających z konsumeryzmu, który stawał się dominującym stylem życia klas mieszczańskich.

Reklama

Czytaj także

null
Kraj

Ziobrowie na wygnaniu. Jak sobie poradzą? „Trafiło ich. Ale mają plan B, już trwają zabiegi”

Zbigniew Ziobro wciąż nie wraca do Polski. Jaka przyszłość czeka byłego ministra sprawiedliwości i jego żonę Patrycję – do niedawna najbardziej wpływową parę polskiej polityki?

Anna Dąbrowska
25.11.2025
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną