Nowa ekranizacja „Wichrowych Wzgórz” zdążyła podzielić widzów na długo przed premierą: komuś nie spodobały się decyzje obsadowe (Heathcliff, mający w powieści ciemną karnację i mieszane rasowo pochodzenie, jest grany przez białego Australijczyka Jacoba Elordiego), komuś innemu zapowiadane przez reżyserkę zdecydowane odstępstwa od powieściowej fabuły, jeszcze inni narzekali na to, że piosenki do ekranizacji pisać będzie Charli XCX, co rzekomo miałoby nie pasować do posępnego, gotyckiego romansu Emily Brontë.
Emerald Fennell broniła swoich decyzji dotyczących artystycznych zmian w stosunku do oryginału i trudno nie przyznać jej racji: „Wichrowe Wzgórza” były przenoszone na ekran wielokrotnie, rzadko kiedy blisko literackiego pierwowzoru. Co widzowie, którzy domagają się wierności książce, powiedzieliby dziś na „Otchłanie namiętności”, w których Luis Buñuel nie tylko zmienił imiona bohaterów, lecz przeniósł akcję do XIX-wiecznego Meksyku? Albo dokonanego przez Monty Pythonów skeczowego przekładu powieści na alfabet sygnałowy?
Czytaj też: „Wichrowe Wzgórza” i Charli XCX. Jej udział to gwarancja sukcesu. Żadnej pracy się nie boi
Pożądanie i namiętność
Żarty na bok, bo najważniejsze pozostaje pytanie nie o to, czy „Wichrowe Wzgórza” w wizji Emerald Fennell są wierne książce Brontë (nie są i było to jasne na długo przed premierą), ale czy są udanym filmem. A tu odpowiedź wydaje się znacznie bardziej złożona. Z pewnością jest to wizja atrakcyjna, bywa zabawna i prowokacyjna. Zresztą swoistą prowokacją wydaje się sama data premiery, bo powieściowe „Wichrowe Wzgórza” nie do końca są walentynkowym ideałem, wszak to historia miłości przeklętej, szaleństwa, zemsty, rozkładu.