Barykada z Mitoraja
Barykada z Mitoraja. Był wielkim rzeźbiarzem czy twórcą kiczu? Lista zarzutów jest spora
Czy to się nam podoba, czy nie, stał się Mitoraj w ostatnich dekadach – jeszcze za życia, ale i po śmierci – swoistym papierkiem lakmusowym osobliwości polskiej sceny sztuki współczesnej. Teoretycznie bardzo nowoczesnej, trzymającej międzynarodowe standardy. W praktyce ujawniającej wiele z naszych narodowych przywar i słabości.
Na świecie prace Mitoraja od dawna zdobiły miejskie place, parki, muzea i salony zamożnych kolekcjonerów. Czyli służyły z grubsza temu, do czego zostały stworzone. Efektowne, nieodmiennie nawiązujące do antyku, sugerujące rozległe i erudycyjne konteksty intelektualne i emocjonalne, podkreślały siłę korzeni śródziemnomorskiej cywilizacji oraz tragiczne skutki jej zanikania. Torsy bez głów, obandażowane popiersia, poodrywane skrzydła, spękane ciała, amputowane kończyny. Niekończąca się opowieść o kulturze, która nas kształtowała, a teraz, okaleczana, broni się resztkami sił. Szlachetne przesłanie, efektowne wykonanie, precyzyjny warsztat artystyczny. Stworzone, by się nimi zachwycać.
Tymczasem w Polsce okazały się doskonałym materiałem przede wszystkim do budowania barykad, po których obu stronach mocno okopali się zwolennicy różnych wizji sztuki. O ile bowiem w większości cywilizowanych krajów obowiązuje niepisana, ale zasadniczo przestrzegana zasada, że każdy twórca ma prawo do uprawiania własnego artystycznego ogródka, o tyle nad Wisłą przyjęło się, że ogródek jest jeden, a wstęp doń z motyką (a raczej pędzlem i dłutem) jest reglamentowany i pilnie strzeżony. Barykady zaś służą temu, by te najważniejsze ogrody sztuk zabezpieczyć przed odwiedzinami niepożądanych gości.
Czytaj też: