Portret czy pomnik?
Edward Dwurnik, heroiczny hedonista. Jego wystawa w MSN to portret czy już pomnik?
Zrobić wystawę prac Edwarda Dwurnika to zadanie równie karkołomne jak przygotować album rodzinnej fotografii, poczynając od prapradziadków. Najpierw z kilku wielkich pudeł i niezliczonych plików w pamięci komputera oraz smartfona trzeba coś wybrać, a później sensownie to poukładać. Powiedzieć o Dwurniku, że był płodny, to nic nie powiedzieć. Pozostawił po sobie – jak się szacuje – od 4 do 8 tys. płócien (w szacunkach panuje spora rozbieżność), o kilkunastu tysiącach rysunków nie wspominając, ponadto były to obrazy z tak różnych porządków artystycznych, jak gdyby malowało je kilku zupełnie obcych sobie twórców.
Zasadniczo można podejść do tego heroicznego wyzwania na dwa sposoby: wartościująco i wybiórczo lub analitycznie i kompleksowo. Czyli próbować pokazać to, co najciekawsze, lub wybrać z wszystkiego po trochu. Zbudować ołtarz lub pstryknąć portret, na którym znajdzie się wszystko: i cudowne oczy, i brodawki na nosie. Kurator wystawy Łukasz Ronduda wybrał tę pierwszą drogę, do czego ma prawo, choć we mnie pozostawia uczucie niedosytu.
Czytaj też: Edward Dwurnik – artysta chory na codzienność
Wymyślać się na nowo
Dwurnika śmiało można pomieścić w uniwersum artystów, które przed nim tworzyli m.in. Salvador Dali, Pablo Picasso i Andy Warhol, a po nim choćby Jeff Koons czy Damien Hirst. Czyli takich, którzy stawiali na wyrazistość nie tylko swojej sztuki, ale i swojej obecności w świecie, nieunikających artystycznych kontrowersji, a nawet prowokacji, tworzących z pełnym dezynwoltury wdziękiem, wsłuchujących się nie tyle w opinie środowiskowych wyroczni, ile w potrzeby odbiorców sztuki.