Rachunki przemocy
Szczepan Twardoch dla „Polityki”: Boję się, że kiedy przyjdzie wojna, będę musiał patrzeć, jak zabiera moje dzieci
JUSTYNA SOBOLEWSKA: – „Waldkauz” to powrót na Górny Śląsk, powieść z założenia gatunkowa, przygodowa ze zjawiskami nadnaturalnymi, wszystko dzieje się w 1919–20 r. To miał być odpoczynek po pisaniu wojennego „Nulla”?
SZCZEPAN TWARDOCH: – Zamierzałem być może napisać coś lżejszego, coś bardziej gatunkowego niż to, co mi finalnie wyszło, potem jednak powieść sama znalazła swoją dykcję i ta gatunkowość okazała się dość powierzchowna. Potrzebowałem oddechu, czegoś bliskiego, dlatego też Górny Śląsk, o którym opowiadanie zawsze jest dla mnie bardzo intymne. W trakcie pisania okazało się jednak, że wymyślona jako lekka powieść wcale taka lekka nie jest i przeprowadzenie jej emocjonalnie sporo mnie kosztowało. Ale to chyba tak zawsze jest u mnie z poważnym pisaniem.
Ta powieść uruchamia lęki, które zrozumieją rodzice. Bohater Wilhelm Pisulla próbuje przekupić lekarza, żeby syna nie wzięli do wojska. Potem szuka syna, boi się, że go stracił. W dzisiejszej rzeczywistości myśli się o takich rzeczach jak mobilizacja naszych dzieci…
Od kiedy zobaczyłem na własne oczy wojnę, boję się, że kiedy przyjdzie do nas, to sam będę już za stary, żeby walczyć, za to będę musiał patrzeć, jak zabiera moje dzieci. To straszna perspektywa, widoczna, owszem, w tej książce, ale pisząc, szukałem też innych tropów, jak zawsze chcąc, by moje powieści były wielogłosowe i wielotematyczne, w ten sposób odpowiadając złożoności i chaosowi ludzkiego doświadczenia. Stąd np. fantastyczne oblicze świata przedstawionego „Waldkauza”, które w logice tego świata bynajmniej nie należy do sfery fantazji, jest żywym i realnym doświadczeniem dla moich bohaterów, tak jak żywe było jeszcze dla ludzi, których osobiście znałem, dla nich obecność utopców w Bierawce nie była fantazją, lecz spersonifikowanym chtonicznym i wodnym zagrożeniem.