Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kultura

Fragment książki Jacka Tacika „Koniec świata na południe od Tel Awiwu”

Preferuj w Google
Dodaj nas do ulubionych źródeł w Google, aby częściej widzieć „Politykę” w wynikach wyszukiwania.
x
Okładka książki „Koniec świata na południe od Tel Awiwu” Okładka książki „Koniec świata na południe od Tel Awiwu” mat. pr.
Syreny zawyły 7 października 2023 roku o szóstej trzydzieści. Dancyg był w łóżku. Zwlekł się z niego. Przywykł, tak jak jego sąsiedzi, do dźwięku eksplodujących na niebie rakiet, które strącała Żelazna Kopuła.

NIR OZ

Cztery miesiące wcześniej historyk Alex Dancyg, urodzony w 1948 roku w Warszawie, udowadniał dziennikarzom, że mógł zostać „dziesięć razy porwany przez Hamas”. Zaprosił ich do swojego domu w kibucu Nir Oz, przy granicy Strefy Gazy, i oprowadził po okolicy. Pokazał pole uprawne, gdzie po obfitych opadach odkrył zejście do tunelu. Jego drugi koniec był w palestyńskiej enklawie. Kanał wydrążony pod zaporą graniczną za trzy miliardy szekli.

Syreny zawyły 7 października 2023 roku o szóstej trzydzieści. Dancyg był w łóżku. Zwlekł się z niego. Przywykł, tak jak jego sąsiedzi, do dźwięku eksplodujących na niebie rakiet, które strącała Żelazna Kopuła.

Dziesięć po siódmej przeczytał na kibucowskiej grupie na WhatsAppie wiadomość o „terrorystach w osadzie przebranych za żołnierzy”.

– Mati, u was w porządku? – Zadzwonił do syna, który mieszkał z żoną i trójką dzieci w południowej części kibucu. – Tu jest Hamas.

Bojownicy z jednostki sił specjalnych Al-Nukhba wtargnęli do kibucu z czterech stron: północnej, południowej, wschodniej i zachodniej. Z map i notatek, które znalazła później izraelska armia, wynikało, że nie działali po omacku; mieli doskonałe rozeznanie w terenie, znali plan wioski, wiedzieli, gdzie znajduje się zbrojownia i domy członków oddziału bezpieczeństwa.

Strzały. Eksplozje. Krzyki.

Mieszkańcy o niczym nie wiedzieli. Wiadomości, które pisali na WhatsAppie, były sprzeczne i chaotyczne: „Brak informacji doprowadza do szaleństwa!”, „Potwierdziły się doniesienia o terrorystach?”, „Zostali schwytani?”.

Bojownicy weszli do domu Brachy Lewinson, emerytowanej nauczycielki. Wyciągnęli ją z mamadu, czyli bezpiecznego pokoju – pomieszczenia ze wzmocnionymi ścianami i drzwiami, które jest w większości izraelskich domów – i rzucili na podłogę.

Zabrali telefon. Zalogowali się na jej profil na Facebooku. Włączyli transmisję na żywo, pokazali egzekucję: kule dziurawiły ciało kobiety. Leżała ze skrzyżowanymi rękami w kałuży krwi. Stało nad nią trzech zamaskowanych mężczyzn.

– Szahar, zobacz, co mama opublikowała na Facebooku! – Córka Brachy Lewinson, Szai, dodzwoniła się do siostry.

– Co?

– Szybko, wejdź na Facebooka mamy – ponaglała.

– Dobrze, poczekaj. – Starała się zachować spokój. – Stresujesz mnie. Ręce mi drżą. – W słuchawce rozległ się przejmujący krzyk.

Bojownicy najpierw podpalili dom Lewinson. Następ-nie jej sąsiadki. I jeszcze kilka. Łuna ognia unosiła się nad Nir Oz.

Dancyg zadzwonił do przyjaciela – Batji Dwira.

– Za dużo tu rakiet – mówił o Nir Oz. – Odwołujemy dzisiejsze spotkanie? – pytał, jakby nie był pewny. Nie wiedział, co mu grozi.

Jego córka Li Dancyg, która mieszkała z rodziną kilka uliczek od niego w południowej części kibucu, działała według procedur.

– Noemi, Tamara, wstajemy, ale już. – Gdy zawyły syreny, zaczęła budzić córki. – Idziemy do pokoju Jasmin – nakazała mężowi.

Eden, ich najstarsze dziecko, była z kuzynką u babci Racheli po drugiej stronie osady.

„Jak się masz? Jesteś w bezpiecznym pokoju?”, Li wysłała wiadomość do córki. Było dwadzieścia pięć minut po siódmej.

„Tak”.

„Eden, czy wszyscy są cali?”.

„Tak”.

Odpowiedzi były krótkie. Między każdą – odstęp kilku minut. Li miała złe przeczucia.

– Przynieś pistolet – poprosiła męża.

Jaron Maor mocował się z sejfem. Ręce mu drżały. Kod, który zwalniał blokadę, był niepoprawny. Mężczyzna starał się skupić, zebrać myśli. Kolejna próba – nieudana.

Zamknął oczy. Głęboki wdech. Drzwiczki się uchyliły. Za-brał broń i dodatkowy magazynek.

Wiadomości z grupy na WhatsAppie: „Słyszymy strzały. Próbują się do nas dostać”, „Terroryści są w moim domu”, „Błagam, niech ktoś nam pomoże! Oni tu są”, „Szybko, ci ludzie mnie zabiją!”.

Li tuliła dzieci. Milczeli. Nasłuchiwali. Z zewnątrz dobiegały odgłosy strzałów. Maor wymknął się z pokoju, prześlizgnął do drugiego pomieszczenia, uchylił zasłonę w oknie. Piętnastu hamasowców. Patrzył na ich twarze. Zniszczone od słońca. Nienaturalnie pobudzone. Ścisnął rękojeść pistoletu.

– Nie dam rady – uznał. Wycofał się w głąb domu. Ukrył za filarem. Na wprost drzwi wejściowych. Czekał. Minuty się dłużyły. Klamka w końcu drgnęła. Szarpanie. Przekleństwa po arabsku. Zamek nie ustąpił.

Dźwięk tłuczonego szkła. Wybite okno. Bojownik wszedł do środka. Maor pociągnął za spust. Dwa razy.

Li usłyszała huk. Panikowała. Pisała do męża: „Gdzie poszedłeś? Boję się”.

Nie reagował.

„Wracaj. Jesteś cały?”.

Eksplozja. Po niej kolejna. Bojownicy ciskali granaty, ostrzeliwali dom. Weszli do środka. Maor trafił napastnika.

„Gdzie jesteś?” – wiadomość od Li.

Odpisał po osiemnastu minutach: „Tutaj. Zabiłem terrorystę”.

Kobieta odetchnęła.

„Jesteś ranny?”.

„Nie”.

Półtorej godziny później magazynek był pusty. Mężczyzna wycofywał się, gdy tuż obok buchnął ogniem koktajl Mołotowa.

Materac płonął.

Biec po wiadro z wodą? Bił się z myślami. Był bez szans. Ruszył do żony i dzieci.

– Otwórz drzwi! – Walił z całych sił.

Li napisała na WhatsAppie: „Nasz dom się pali. Rzucają granaty. Proszę, niech ktoś nam pomoże”.

Brak odpowiedzi. Kolejne porażające historie mieszkańców: o gwałtach i egzekucjach. Rozpaczliwe błagania o litość i ratunek.

Do Maora dodzwonił się brat jego sąsiada Icka. Danny Elgarat, który wówczas był na północy Izraela, prosił:

– Icek jest ranny. Ktoś musi się nim zająć.

– W kibucu są terroryści. Zabiłem kilku z nich. Rzucili we mnie czterema granatami. Mój dom płonie. Icek musi radzić sobie sam.

Hamas wszedł do domu Icka Elgarata po jedenastej. Mieszkał sam. Ukrył się w bezpiecznym pokoju. Trzymał klamkę, którą szarpali z drugiej strony bojownicy – drzwi nie miały zamka. Padły strzały.

– Danny, tu są terroryści. – Dzwonił do brata przerażony, w histerii. – Trafili mnie w rękę.

– Spokojnie, spokojnie – uspokajał go. – Obwiąż ranę, zatamuj krwawienie – instruował.

Słyszał zgiełk w tle. Krzyki, strzały, uderzenia.

– Danny, to koniec! To koniec! – wydusił z siebie Icek.

Telefon zamilkł.

Danny Elgarat dzwonił po rodzinie i znajomych. Za-nim wybrał numer Maora, odezwał się do Juwala Dancyga, siostrzeńca Icka i najmłodszego syna Alexa Dancyga. Był pod Jerozolimą, w domu teściów.

Nic nie wiedział. Wstał po ósmej. Telewizja pokazała pierwsze nagrania z płonącego Sderot i fragment rozmowy telefonicznej kobiety z policją. Szeptem błagała o pomoc. Bojownicy byli w jej domu w kibucu Be’eri, dwadzieścia kilometrów na północ od Nir Oz.

– Tato, jak się masz? – dzwonił Juwal. Była ósma trzydzieści.

– Dobrze. Mamy tu trochę nieciekawą sytuację. Terroryści są w wiosce. – Głos ojca był spokojny, jakby ironiczny.

Starszy brat Juwala, Mati, który mieszkał w Nir Oz, nie odebrał. Rachela, ich matka, nie reagowała na wiadomości. Jej telefon leżał na blacie kuchennym. Przeglądał go hamasowiec. Kobieta z dwiema wnuczkami były w bezpiecznym pokoju.

Eden pisała do Li: „Mamo, babcia pyta, co tu się dzieje w Nir Oz?".

„Terroryści”.

„A wojsko?”.

„Nie wiem”.

„Sprawdź, błagam”. – Zanim dostała odpowiedź, wysłała kolejną wiadomość. – „Babcia ledwo trzyma drzwi. Za chwilę tu wejdą”. – Miała na myśli bojowników. – „Niech ktoś nam pomoże. Tatuś? I co z wojskiem?”.

Czteroosobowa załoga czołgu przez przypadek znalazła się na drodze do Nir Oz. Było przed dziesiątą.

Bojownicy i palestyńscy cywile kradli sprzęt rolniczy z kibucowskiej farmy. Padł strzał. Jeden. Nie było ofiar. Żołnierze się wycofali. Jak później zeznali, bali się bratobójczego ognia, śmierci izraelskich cywilów.

Nir Oz płonął, jego mieszkańcy ginęli. Ich ciała rozczłonkowywano: odcinano głowy, wyłupywano oczy. Ha-mas nagrywał egzekucje i publikował je w Internecie. Ich „reporter” pokazywał na żywo rzeź w kibucu.

– Po godzinnym marszu udało nam się przedostać do jednej z największych osad w rejonie, do Nir Oz. Patrzcie i nacieszcie swoje oczy. Jesteśmy w sercu kibucu – relacjonował, stojąc na chodniku przed białym budynkiem otoczonym drzewami i krzewami. W tle słychać było strzały, wybuchy, płacz, prośby o litość i krzyki po arabsku.

Operator pokazał przerażoną twarz trzydziestodwuletniej Sziri Bibas. Osłaniała ciałem synów: dziewięciomiesięcznego Kfira i czteroletniego Ariela. Stała przed domem. Otaczali ją bojownicy i palestyńscy cywile.

Reporter:

– Jesteśmy ludźmi. Nikt jej nie skrzywdzi.

Mąż Sziri – Jarden, trzydziestoczteroletni brunet z raną głowy – był w rękach Hamasu. W drodze do Strefy Gazy. Wiadomości z WhatsAppa: „Weszli do domu. Próbują dostać się do bezpiecznego pokoju”, „Podłożyli ogień. Chcą mnie spalić żywcem”, „Nie mam czym oddychać”, „Nie panikujcie, podłóżcie pod drzwi wilgotny ręcznik”.

Oded Lifszyc, osiemdziesięciotrzyletni publicysta, który poświęcił życie sprawie palestyńskiej – agitował za rozwiązaniem dwupaństwowym – zerkał przez szparę w oknie. Do jego domu zbliżali się uzbrojeni mężczyźni.

– Idą – szepnął do żony Johewet.

– Ukryjmy się w bezpiecznym pokoju.

Mężczyzna siłował się z drzwiami. Od dawna nie były używane, miały zepsutą klamkę i nie dało się ich domknąć.

Padł strzał.

– Jestem ranny. To jest wojna. – Przymknął oczy. Upadł. Bojownik zawlekł jego ciało do salonu, a stamtąd przed dom – do ogrodu kaktusowego, z którego Lifszyc był dumny.

Napastnicy pobili Johewet. Kilka ciosów w żebra. Razy w twarz. Nie mogła złapać tchu. Dusiła się. Była pewna, że umrze.

Przerzucili ją przez motorower. Miała na sobie koszulę nocną. Kobieta była ściśnięta na wąskim siodełku między dwoma hamasowcami.

Jechali na zachód przez pola do Strefy Gazy. Każdy uskok, każdy kamień i każda nierówność drogi przeszywały ciało promieniującym bólem.

– Zabijcie Żydów! Wyrżnijcie Żydów! – żądali wściekli Palestyńczycy, którzy rzucili się z kijami i prętami na kobietę.

W wiosce Chuza’a, dwa kilometry od Nir Oz, kazali jej przesiąść się do auta. W Chan Junus – iść na nogach.

Trzy godziny. Wąskimi, ciemnymi, wilgotnymi tunelami. Do gigantycznej, wydrążonej pod ziemią krypty.

Kilka żarzących się żarówek. Blade światło. W jego cieniu – ponad dwudziestu przerażonych Izraelczyków; pięciu z Nir Oz.

Johewet Lifszyc poczuła ulgę.

Jej domu już nie było. Spalony. Splądrowany. Kradły całe palestyńskie rodziny. Telewizory, sprzęt AGD, ubrania. Czuli się bezkarni. Mieli broń i przewagę liczebną.

Izraelczycy byli pozostawieni na pastwę Hamasu. Znikąd szansy na pomoc.

Jaron Maor ukrywał się z rodziną w bezpiecznym pokoju. Nie wychodził. Magazynek pistoletu był pusty.

Mijały godziny.

– Są tu – szepnął do Li.

Szmer. Skradanie się. Próba wyważenia drzwi. Siłowanie się z klamką, którą po drugiej stronie blokował Maor.

Salwa z karabinu.

– Znowu się udało. – Uśmiechnął się ponuro do żony.

Nie puścił klamki. Trzymał. Robiła się cieplejsza. Gorąca. Spod drzwi wydobywały się kłęby gęstego dymu. Mieli spłonąć żywcem.

– Musimy się wydostać. – Li panikowała.

– Nie – sprzeciwił się jej mąż. – Tylko na to czekają. Jeśli wyjdziemy, zabiją nas. Będziemy tu czekać tak długo, jak to możliwe.

Podłożyli mokry ręcznik pod drzwi. Niewiele dał. Brakowało powietrza. Dziewczynki się dusiły. Mdlały.

– Dobrze, idę – zdecydował ich ojciec.

Podciągnął się na parapecie, przeskoczył na drugą stronę. Nie zdążył się rozejrzeć, zanim na jego czole pojawił się czerwony punkt – celownik laserowy. Żołnierze dotarli do Nir Oz. Po siedmiu godzinach.

– „Słuchaj, Izraelu: Pan, nasz Bóg, Pan jest Jedyny” – Maor recytował modlitwę z Tory, jako dowód, że jest Żydem.

Miał śniadą cerę i brodę.

– Kim on jest? – Dowódca jednostki był nieufny.

– To mój mąż.

– Jak się nazywa?

– Jaron! – wrzasnęła Li. – Zostawcie go w spokoju!

– Zabierzesz nas do domu Chaima Periego – zwrócił się do Maora żołnierz. – Wiemy, że ukryli się w nim terroryści. Szli bocznymi alejkami, żeby nie rzucać się w oczy.

Bali się zasadzki. Maor był jakby w hipnozie. Jego kibuc przestał istnieć – zrujnowane domy, rozbryzgana krew, porzucone ciała sąsiadów. Unoszący się zapach spalonych zwłok.

Drzwi do domu Periego były uchylone. W środku panował chaos. Zerwany ze ściany telewizor, przewrócony stół, otwarte szafy, ich zawartość porozrzucana na podłodze. W kącie bezpiecznego pokoju siedziała skulona kobieta.

– Zabrali go – wyszeptała.

Maor rozpoznał Osnat, żonę Chaima Periego. Uratował ją jej osiemdziesięcioletni mąż. Rzucił się na napastników. Odwrócił ich uwagę, dając swojej żonie czas na ukrycie się. Mati Dancyg wyszedł z bezpiecznego pokoju, gdy Siły Obronne Izraela dotarły do kibucu. Jego dom był nietknięty.

Po jego ojcu, Alexie Dancygu, nie było śladu. Dom, w którym mieszkał, wyglądał jak pobojowisko. Stłuczone naczynia, porozrzucane dokumenty, rozbity telewizor. Na stole gotówka, dwadzieścia trzy złote. Niedoczytane książki: „Wielkie rozczarowanie. Geneza rewolucji Solidarności” Marcina Zaremby i „Kordian” Juliusza Słowackiego.

Dancyg nie stawiał oporu. Był bez szans. Poddał się. Został uprowadzony do Strefy Gazy – tak jak przewidział.

*

Jacek Tacik, Koniec świata na południe od Tel Awiwu, Wydawnictwo FILIA, Poznań 2026, s.384

Reklama

Czytaj także

Świat

Broń masowego przerażenia. Czym straszy Putin i jaką mamy odpowiedź? Moskwa idzie na całość

Rosja znów poszła na całość i zagroziła Europie atomowym unicestwieniem. Znowu przetoczyły się złowrogie nagłówki. To, co było odległe, staje się realne.

Marek Świerczyński
07.10.2026

Subskrybuj, by korzystać bez ograniczeń.
5 zł / tydzień przez miesiąc rok.

Kup dostęp
Reklama