Strajk scenarzystów w Hollywood

Ciąg dalszy nastąpi?
Czy Amerykanów czeka Wigilia bez Davida Lettermana?

 

Wyobraźmy sobie, że doktor Burski kłóci się z Zosią. Ta grozi mu rozwodem, przez co przystojny doktor staje się roztargniony do tego stopnia, że nie zauważa zostawionego przez pomyłkę w ciele operowanego pacjenta (który ma się żenić tydzień później) wacika, po czym go zaszywa. Pod koniec odcinka popularnego serialu pacjent jest w stanie krytycznym (przez nieszczęsny wacik oczywiście). W kolejnej części „Na dobre i na złe" mieliśmy się dowiedzieć, czy pacjent przeżyje. Mija miesiąc, a on leży nadal w stanie krytycznym, bo scenarzyści zastrajkowali i nie ma komu dopisać happy endu.

 

W takiej właśnie sytuacji znaleźli się amerykańscy widzowie miesiąc temu. Od 5 grudnia członkowie Związku Zawodowego Pisarzy (Writers Guild of America) postanowili odłożyć pióra i laptopy na bok, do odwołania. Wszystko dlatego, że umowy, jakie z nimi zawarto, są przestarzałe i nie biorą pod uwagę zysków ze sprzedaży DVD, a zwłaszcza dystrybucji internetowej. W rezultacie więc wielkie sieci telewizyjne zarabiają a pisarze nie mają z tego złamanego centa. Tymczasem amerykańscy producenci tłumaczą się, że wcale nie mają tak wielkich zysków z dystrybucji internetowej.

Scenarzyści postanowili wynegocjować dla siebie lepsze warunki niż te, ktore im zapewniono w 1988 roku. Prowadzili wtedy strajk z podobnego powodu - nie uwzględnienia ich w podziale zysków za powtórki popularnych seriali, ani sprzedaży seriali za granicę czy na wideo.

Z początku nie było jeszcze tak źle - scenariuszy na półkach wielkich studiów filmowych i telewizyjnych jest bez liku, tylko wybierać i przebierać. Jednak nie ma komu ich poprawić, zainscenizować, poprzerabiać. W praktyce więc pokazane mogą zostać tylko programy, które są już nakręcone, a to oznacza, że kiedyś odcinków zabraknie. Właściwie już się tak stało - najpopularniejszym serialom ABC i NBC („Gotowe na wszystko", „Zagubieni", „Grey's Anatomy", „30 Rock") materiału starczyło ledwie na miesiąc. Nie mówiąc już o popularnych talk showach - David Letterman ma nieplanowane wakacje już od miesiąca, podobnie Jay Leno (doszło już do tego, że pokazywane są odcinki jego programu z lat 80.), Conan O‘Brien i Ellen DeGeneres. Oprah Winfrey nie zatrudnia pisarzy należących do związków zawodowych, więc jej strajk nie dotyczy, ale to jeden z nielicznych wyjątków.

W najgorętszym sezonie handlowym telewizja pokazuje więc odgrzewane kotlety: stare odcinki telenowel i nużące reality shows (które z założenia reżyserowane nie są, przynajmniej w teorii). Nie jest to atrakcyjna oferta dla reklamodawców, nie chcą oni wydawać pieniędzy na gnioty, naturalne jest, że wielkie studia produkcyjne tylko na tym tracą. Ale nie tylko one. Tracą też scenografowie, makijażyści, styliści, operatorzy kamer, techniczni a nawet kierowcy ciężarówek transportujących sprzęt telewizyjny - w sumie ponad 200 tysięcy osób zatrudnionych w telewizji. Nie mówiąc już o bogu ducha winnych widzach, którzy być może nie będą mogli śmiać się z dowcipów Davida Lettermana po wigilijnej kolacji, jak to zawsze robili. Nie dowiedzą się także, czy Meredith Grey w końcu zostanie z doktorem McDreamym, czy go porzuci.

W 1988 roku strajk związku zawodowego scenarzystów trwał 5 miesięcy. Ile potrwa w tym roku? Zobaczymy. Kto wie, może jest nadzieja, że w tym roku o kilka osób więcej przewróci kartkę książki, zamiast przyciskać zawzięcie guziki pilota, bo w gadającym pudełku już od miesiąca nic nie ma. Ale najważniejsze, żeby wielkie korporacje telewizyjne zdały sobie sprawę z tego, że nie mogą nadal z zimną krwią okradać ludzi, bez których cały przemysł w ogóle by nie istniał. A przynajmniej, że nie są bezkarne.

  

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj