Chanel Coco

Kto to ta Coco?
Coco Chanel przekreśliła XIX-wieczną modę, zmieniając jednocześnie świat. Poświęcone jej filmy mitologizują tę postać, nie wyjaśniając zagadki jej osobowości.

O najsłynniejszej projektantce mody minionego stulecia nakręcono w tym sezonie aż dwie fabuły (nie licząc serialu z Shirley MacLaine). Na polskie ekrany wchodzi właśnie superprodukcja „Coco Chanel” w reżyserii Anne Fontaine z francuską gwiazdą Audrey Tautou, pamiętaną z rozkosznie naiwnej roli Amelii Poulain. Niebawem zobaczymy też kameralny melodramat „Coco Chanel i Igor Strawiński” Jana Kounena z młodą, utalentowaną aktorką Anną Mouglalis. Filmy ukazują początkowy etap jej kariery, kiedy nikomu nie przychodziło jeszcze do głowy nazywać ją narodowym skarbem Francji.

 

Ich tematem jest cena, jaką niepokorna, przebojowa kobieta o duszy artystki musi płacić za walkę, by nie stać się wię źniarką konwenansu. Chanel nie miała respektu dla świata, który od samego początku wyznaczał jej rolę zabawki w rękach bogatszych, silniejszych, posiadających władzę mężczyzn. Nienawidziła burżujów, arystokracji, kastowych podziałów XIX-wiecznego społeczeństwa. Gardziła hipokryzją, grą pozorów elitarnego towarzystwa, do którego aspirowała, a które skazywało ją – osobę o niskim urodzeniu – na status niewolnicy. O miłości miała wyrobioną jednoznacznie opinię: „Jedyną rzeczą, która mnie w niej interesuje, jest samo jej uprawianie. Wielka szkoda jednakże, że potrzebny jest do tego facet”.

Traktowała mężczyzn instrumentalnie. Uczyła się od nich dowcipu, inteligencji, determinacji, pasji, a następnie z premedytacją obracała te wartości przeciwko nim. Uzbrojona w cięty język, spryt, przekorę na każdym kroku wyniośle podkreślała swoją duchową i estetyczną niezależność. Łamała zasady, kpiła z mód, burzyła zakonserwowany porządek rytuałów, imponując odwagą i oryginalnym zachowaniem. Aż znudzeni panowie z wyższych sfer ulegali jej czarowi.

W obu filmach bohaterka staje się ofiarą swojej aroganckiej strategii. W pięknie fotografowanym obrazie Anne Fontaine traci do siebie szacunek walcząc przez wiele lat, by utrzymać pozycję metresy Stefana Balsana, potomka bardzo zamożnej rodziny z Chateauroux, a przy okazji utracjusza, playboya i aferzysty uwielbiającego konie. Upokorzona rolą damy do wynajęcia, kiedy się w końcu odkrywa i zawiesza na chwilę maskę zbuntowanej sufrażystki, pokazując jak bardzo zależy jej na uczuciu do przyjaciela Balsana, przystojnego brytyjskiego arystokraty Arthura Capela, przeżywa zawód. Twardo stąpający po ziemi Capel wybiera pozbawiony emocji, za to bezpieczny związek z inną, znacznie bogatszą od niego kobietą. W dramacie poświęconym flirtowi ze Strawińskim Coco postępuje odwrotnie. Nieczuła na zaloty kompozytora, bawi się bezradnym jak dziecko, zakochanym w niej do szaleństwa artystą, gotowym rzucić dla niej żonę oraz pięcioro dzieci. I przegrywa szansę na prawdziwe uczucie.

Życie zmyślone

Chanel nie była cyniczką ani tym bardziej bohaterką w typie rozważnych indywidualistek opisywanych przez Jane Austen. Obdarzona rozsądkiem, uważnie obserwowała męski świat, walcząc nie tyle o przetrwanie, co o narzucenie mu własnego porządku. Pewnie dlatego widziano w niej feministkę. Zaś powikłane losy jej kolejnych, bardzo licznych erotycznych fascynacji znanymi postaciami świata sztuki, polityki i biznesu doskonale ilustrują proces emancypacji i kształtowania świadomości współczesnej kobiety. Nic dziwnego, że jeszcze za jej życia, bo pod koniec lat 60. XX w., próbowano coś o tym powiedzieć na scenie w broadwayowskim musicalu. Grała ją wtedy hollywoodzka gwiazda Katherine Hepburn. Potem fenomen jej popularności analizowano w blisko czterdziestu biograficznych książkach, z czego niejedna została podyktowana przez samą Chanel. Królowa krawiectwa, jak w końcu kiedyś się przyznała, „zmyślała swoje życie, bo to prawdziwe jej się nie podobało”.

Najwięcej kłamstw usłyszano o jej dzieciństwie, którego wstydziła się najbardziej. Wmawiała, że pochodzi z bogatej rodziny, że jej ojciec wyjechał do Ameryki. Został właścicielem winnicy, i że dlatego nie mógł jej odwiedzać w domu ciotek, gdzie znalazła się po śmierci matki. Tymczasem prawda, częściowo zaledwie pokazana w filmie Fontaine, jest taka, że jej ojciec, wędrowny handlarz, był włóczykijem bez głowy do interesów, wiecznie zdradzającym swoją żonę, z którą ożenił się dopiero po wytargowaniu niewielkiego posagu już po urodzeniu przez nią trójki dzieci. Jej matka pracowała jako sprzątaczka, zmywała naczynia w hotelach, a kiedy umarła z wycieńczenia i głodu w wieku 33 lat, mąż oddał piątkę spłodzonych z nią dzieci do sierocińca. Coco miała wówczas 12 lat i do 18 roku życia opiekowały się nią siostry z zakonu Najświętszego Serca Marii z klasztoru cysterskiego w Obazine. Aż do 1903 r., dopóki nie skończyła 20 lat, przebywała w zakładzie prowadzonym przez Zgromadzenie Najświętszej Panny w Moulins, gdzie nauczyła się gotowania i szycia.

Spartańskie warunki wyrobiły w niej dyscyplinę, przywiązanie do prostoty, zamiłowanie do czerni i bieli. Wówczas uświadomiła sobie także, że bez wykształcenia i majątku, chcąc się wyrwać z nędzy, przede wszystkim musi na siebie zapracować. Tylko nie wiedziała jeszcze, że zamiast występów w kabarecie jej przeznaczeniem będzie klasztorny styl, który sama stworzy.

Z tej perspektywy można dopiero docenić jej wysiłek wdarcia się na sam szczyt. I niewyobrażalny sukces jako dyktatorki mody. Zmarła przed 38 laty prekursorka nowoczesnego kroju osiągnęła to, o czym kobiety w jej czasach w ogóle nie ośmielały się marzyć, a nawet więcej. Założyła własny sklep, potem sieć salonów, w których sprzedawała zaprojektowane przez siebie kapelusze. Z czasem skromne przedsięwzięcie urosło do rozmiarów prawdziwego imperium.

Luksusowe ubóstwo

To ona wylansowała chłopięcy wizerunek kobiety, ucieleśniony przez Marlenę Dietrich. To ona zerwała z koturnowością XIX-wiecznej mody kreowanej przez mężczyzn nierozumiejących potrzeb pracujących zawodowo pań. To ona narzuciła surowy czarno-biały styl ubierania m.in. królowej Belgii, naśladowany później przez miliony kobiet. Odrzucając wszystko co zakłóca czystość linii: żywe kolory, bogate tkaniny, ciężkie koronki, kokardy, woalki, hafty, wyrafinowane ornamenty szybko zyskała przydomek jansenistki krawiectwa. Mówiono, że wynalazła luksusowe ubóstwo, rozluźniając ubrania, skracając spódnice, rezygnując z gorsetu i paradności na korzyść androginicznych kostiumów. Jej praktyczne, niedbale eleganckie stroje, które sama wymyślała i z upodobaniem nosiła, umożliwiały normalne poruszanie się. Wzorowane na męskich kamizelkach, wygodnych swetrach, szytych z niedrogich materiałów, takich jak dżersej, flanela albo dzianina, ośmieszały dekoracyjną modę epoki wiktoriańskiej.

Garderobiana rewolucja eliminująca wszelkie zbędne ozdoby i wprowadzająca modę na uniseks przyniosła zaskakujące konsekwencje. Nie tylko w wyglądzie kobiet, ale również w dziedzinie obyczajowości. Ubierając się wbrew obowiązującym trendom w ascetyczne, czarne sukienki na każdą okazję, Coco narzuciła światu zarazem nowy model kobiecości. Dziewczyny energicznej, samodzielnie myślącej, która niszcząc znienawidzoną estetykę, nie wstydzi się publicznie zachowywać jak mężczyzna: nosić spodnie, palić papierosy, obcinać na krótko włosy, uprawiać te same dyscypliny sportowe co panowie i tak samo jak oni siadać okrakiem na koniu, kierować automobilem, słuchać jazzu, tańczyć popularnego charlestona i poprawiać na oczach zgorszonego tłumu makijaż.

To ona przeszła do legendy paryskiej cyganerii, tworząc olśniewające prostotą kostiumy do legendarnych przedstawień teatralnych Jeana Cocteau „Antygona” i „Edyp królem”. To ona ratowała od biedy artystyczną bohemę, wspierając i sponsorując działalność m.in. młodego Picassa, Strawińskiego, Diagilewa. To jej pracami zachwycali się najwięksi francuscy reżyserzy m.in. Jean Renoir i Alain Resnais. To ona wymyśliła eleganckie suknie dla Jeanne Moreau sfilmowane potem w „Kochankach” i dla Romy Schneider w „Boccacio 70”. Oczywiście słynny zapach Chanel No. 5 to także jej wynalazek.

Pod koniec życia zbudowane przez nią imperium mody przynosiło dochód rzędu 160 mln dol. rocznie. Umierając w paryskim hotelu Ritz, pozostawiła po sobie bajeczny majątek i bezcenną markę, którą odziedziczył po niej Karl Lagerfeld. Mogła czuć się wolna, spełniona, szczęśliwa. Cieszyć się sławą najbogatszej i najbardziej wpływowej kobiety XX w., o której przyjaźń zabiegają koronowane głowy państw, najwybitniejsi artyści, ludzie biznesu.

A jednak ona sama uważała swoje życie za katastrofę. Nie w sensie zawodowym, tylko emocjonalnym. Nigdy nie wyszła za mąż. Nie miała dzieci. Tak słono kupiona przez nią niezależność okazała się pułapką. Zamiast miłości przyniosła cierpienie. Nadzieję zamieniła w samotność. „Coco Chanel” ze wspaniałą kreacją Audrey Tautou oraz dramat psychologiczny z Anną Mouglalis próbują dotknąć tego właśnie problemu. Pokazują sukces okupiony uczuciową pustką.

Taktowna cisza

Oba filmy nie mówią jednak wszystkiego o tej pełnej wewnętrznych sprzeczności kobiecie. Można nawet powiedzieć, że zacierają prawdę o niej, bo kosztem idealizacji pomijają dwuznaczne, często kompromitujące szczegóły jej życiorysu. Żaden nie wspomina na przykład o tym, że będąc 20-letnią kochanką Balsana, Chanel poddała się źle wykonanemu zabiegowi aborcji, co uczyniło ją bezpłodną. Z tego powodu cierpiała na przejściowe zaburzenia psychiczne. W trakcie romansu z Capelem lekarze wielokrotnie stwierdzali u niej ciążę urojoną. Niemoc poczęcia dziecka stała się przyczyną rozpadu związku z brytyjskim księciem Westminster, bajecznie bogatym królewskim kuzynem, który gotów był się z nią zaręczyć, przymykając oczy na niskie pochodzenie Coco, pod warunkiem wszakże, iż ta obdarzy go męskim potomkiem.

Z filmów nie dowiemy się również, że jej ukochany Artur Capel, przez przyjaciół zwany Boyem, w którym była tak bardzo zakochana i to ponoć z wzajemnością, oszukiwał ją przez cały czas trwania ich romansu. Ten piękny mężczyzna o kruczoczarnych włosach, uwielbiający grę w polo i zarabiający fortunę na handlu węglem, nie tylko miał żonę, ale też zdradzał je obie z jeszcze inną wybranką, śliczną młodą wdową, którą często odwiedzał we Włoszech. Sprawa wyszła na jaw dopiero przy wykonywaniu testamentu Boya, nakazującego podział swego ogromnego majątku między te trzy kobiety.

Potworne zagubienie i bolesną skalę życiowych porażek Chanel dopełnia obraz fatalnych decyzji podejmowanych przez nią w czasie okupacji, o czym nie tylko filmowcy niechętnie wspominają. Wykorzystując antysemickie prawo narzucone przez nazistów, próbowała pozbawić udziałów w swojej firmie żydowską rodzinę Wertheimerów. W wieku 56 lat jej kochankiem został hitlerowski oficer Hans Günther von Dincklage, szpieg, pełniący funkcję attaché ambasady niemieckiej w Paryżu.

Jednak jej największym grzechem, za który pod koniec wojny została aresztowana i oskarżona o kolaborację, była operacja pod kryptonimem Modelhut – co można przetłumaczyć na „modny kapelusz” lub „model kapelusza”: aluzja do pierwszej profesji Chanel. Otóż wierząc, że wojna wkrótce się skończy zwycięstwem Niemiec, z własnej inicjatywy Coco podjęła się mediacji między oficerem SS Walterem Schellenbergiem, ówczesnym szefem spraw zagranicznych Hitlera, a Churchillem w celu nakłonienia premiera Wielkiej Brytanii do zrezygnowania z pomysłu o bezwarunkowej kapitulacji III Rzeszy i zawarcia kompromisowego pokoju między walczącymi stronami.

Do spotkania w 1943 r., a co za tym idzie do politycznych negocjacji z Churchillem, ostatecznie nie doszło, bo Chanel została zadenuncjowana jako agent gestapo. Nie wiadomo, jakim sposobem udało się tę aferę zatuszować. Wedle niepotwierdzonych informacji interweniował w jej sprawie sam książę Westminster, a ceną za uwolnienie Coco musiał być niewiarygodnie wysoki okup. Zapłacony oczywiście przez samą zainteresowaną. Nie uchroniło jej to jednak przed niesławą. Aż do połowy lat 50. pozostawała na wygnaniu w Szwajcarii, kontynuując związek z uroczym Dincklagem. Powrót do życia publicznego zawdzięcza Amerykanom, którzy okazali się jej najbardziej lojalnymi klientami.

Kino nie jest stworzone do mówienia prawdy, to jasne. Dla Francuzów Chanel jest dziś dumą i ich narodowym symbolem. Nie pamięta się jej win z czasów okupacji. Taktowne milczenie towarzyszy także niezbyt chwalebnym zachowaniom innych autorytetów francuskiej kultury. Edith Piaf wybaczono na przykład, że śpiewała w nocnych klubach dla Niemców. Picassowi i Sartre’owi uszło płazem, że mieli w nosie ruch oporu.

Być może kolejny film o Chanel szykowany już na przyszły rok z Demi Moore w roli głównej podejmie ryzyko powiedzenia czegoś mniej popularnego o tej postaci. Znając hollywoodzki lęk przed budzeniem kontrowersji na wiele jednak bym nie liczył.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj