Recenzja filmu: „Sweet Country”, reż. Warwick Thornton

Szubienica czy kościół?
Prosta, ale szokująca brutalnością historia.
Hamilton Morris i Natassia Gorey Furber w australijskim westernie.
Mark Roger/Aurora Films/materiały prasowe

Hamilton Morris i Natassia Gorey Furber w australijskim westernie.

Warwick Thornton, australijski reżyser i operator, który debiutował prawie dekadę temu wspaniałym filmem „Samson i Dalila”, wraca do ważnych dla siebie społecznych problemów w zachwycającym wizualnie westernie.

W scenerii Outbacku, której surowe piękno wspaniale podkreśla oryginalna ścieżka dźwiękowa, rozgrywa się prosta, ale wciąż szokująco brutalna historia. Jest rok 1929, Sam Kelly (debiutujący Hamilton Morris) w obronie własnej zabija rasistowskiego i niezrównoważonego najemcę (Ewen Leslie). Za Kellym i jego zgwałconą żoną (Natassia Gorey Furber) ruszają w pogoń stróż prawa i misjonarz (weterani australijskiego kina Bryan Brown i Sam Neill).

Ich historia i relacja jest przemyślanym i mądrym rozliczeniem z powstającymi w tym czasie podwalinami współczesnej australijskiej państwowości: gdy biali zarzucali siatkę misjonarzy i stróżów prawa na rdzennych mieszkańców Australii i tworzyli rasistowskie napięcia. Nie bez powodu linearną akcję przetykają bardzo krótkie ujęcia przemocy, która już dotknęła bohaterów albo która ma ich dopiero dopaść. Nie bez powodu również symboliczne sceny, gdy w Outbacku biali budują szubienicę i gdy budowany jest kościół, w filmie są wizualnie nie do rozróżnienia.

Sweet Country, reż. Warwick Thornton, prod. Australia 2017, 113 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną