Recenzja filmu: "Trzy królestwa", reż. John Woo

Trzy królestwa
Chińska superprodukcja

Rozdęta do hollywoodzkich rozmiarów chińska superprodukcja „Trzy królestwa” miała przyćmić wszystko, co do tej pory stworzono w azjatyckim kinie rozrywkowym. Gwarancją wysokiej jakości antycznego widowiska, rozgrywającego się w czasach dynastii Han w 208 r. n.e., była reżyseria Johna Woo. Po kilkunastoletnim pobycie w Stanach twórca „Mission Impossible II” oraz „Bez twarzy” dysponował wystarczającym doświadczeniem, by poradzić sobie z 80-milionowym budżetem (w dolarach), tysiącami statystów, skomplikowanymi efektami specjalnymi i inscenizacją potężnej bitwy morskiej, stanowiącej główną atrakcję filmu. Istotnie, rozbuchane sceny walki, pokazywane na zwolnionych klatkach, wyglądają na ekranie nieźle, lecz bez przesady. „Trzy królestwa” takiego zachwytu jak „Hero” czy „Przyczajony tygrys, ukryty smok” nie budzą. Mimo że wypuszczanych strzał, zadawanych mieczem ciosów oraz krwawych pojedynków jest w nim nieporównanie więcej. Zawiódł chyba scenariusz, będący adaptacją napisanego przez Luo Guanzhonga w XIII w. poematu „Romance of the Three Kingdoms”, zbyt nachalnie podpierający się dramaturgią „Troi”, co w egzotycznej scenerii wygląda dość komicznie.

Wielowątkowa fabuła została okrojona do jednego komiksowego wątku: sojuszu przeciwko nieposłusznemu premierowi (Fengyi Zhang), który zamierza podbić niepodległe księstwa i samodzielnie rządzić Krajem Środka. Przy okazji marzy mu się odebranie pięknej żony jednemu z walczących przeciwko niemu dowódców (Tony Leung). Znaczna część filmu opisuje kolejne etapy oblężenia mitycznego obozowiska pod Czerwonym Klifem nad rzeką Jangcy, gdzie zbuntowany premier zgromadził 800-tysięczną armię rozlokowaną na lądzie i wodzie (jego flotylla liczyła przeszło 2 tys. okrętów). Poczynając od wybuchu epidemii tyfusu, gdy ciała zmarłych zostają „podarowane” wrogom, po rozstrzygającą o zwycięstwie bitwę. „Trzy królestwa” imponują epickim rozmachem, jednak przewaga scen zbiorowych czyni z dwuipółgodzinnego filmu przewidywalne i, niestety, obojętne emocjonalnie widowisko. Za dużo jest tu monumentalizmu, infantylnych cytatów ze „Sztuki wojny” Sun Zi oraz niesłużących niczemu popisów kaskaderskich. Jednostkowy dramat ginie w zasadzie z pola widzenia reżysera. Mam nadzieję, że następna superprodukcja Woo w Chinach okaże się większym sukcesem.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną