Książki

Wszyscy mężczyźni płaczą

Iwaszkiewicz, jakiego nie znaliście

Jarosław Iwaszkiewicz Jarosław Iwaszkiewicz Aleksander Jałosiński / Forum
W trzydziestą rocznicę śmierci Jarosława Iwaszkiewicza ukazuje się drugi tom jego „Dziennika”, obejmujący lata 1956–1963, jeszcze ciekawszy niż pierwszy. Poznajemy innego pisarza: pesymistę wątpiącego w swoją twórczość, ale i ekstatycznie zakochanego.
Wydawnictwo CzytelnikWyd. Czytelnik/materiały prasowe Wydawnictwo Czytelnik

Czy nie szkoda Iwaszkiewicza na stos? – pytał w 1993 r. Tomasz Burek. Rzeczywiście lata osiemdziesiąte i początek nowej Polski nie były dla pisarza łaskawe. Niedługo po jego śmierci – zmarł 2 marca 1980 r. – na łamach paryskiej „Kultury” Konstanty Jeleński dyskutował z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim, który krytykował postawę pisarza. Widział u Iwaszkiewicza „naturalny instynkt dworzanina”, który „użyczał splendoru nowemu ustrojowi”, kiedy pełnił oficjalne funkcje prezesa ZLP i redaktora naczelnego „Twórczości” i kiedy reprezentował polską literaturę za granicą. Jeleński twierdził zaś, że Iwaszkiewicz cały czas grał z władzą i dzięki temu wiele rzeczy udało mu się dla literatury uzyskać.

Oskarżenia wobec Iwaszkiewicza formułowało później wielu krytyków, przedmiotem kpin stała się też jego ostatnia wola – chciał być pochowany w mundurze górnika. Na początku nowej Polski Iwaszkiewicz zniknął z lektur szkolnych. Jednak czyściec trwał krótko, a to dlatego, że jego twórczość, inaczej niż jego postawa, nie wzbudzała wątpliwości i – co rzadkie, jeśli chodzi o literaturę PRL – nie starzała się. Często to dziennik sprawia, że zapomniany pisarz wraca na chwilę do łask. To nie jest przypadek Iwaszkiewicza. W przeciwieństwie do innych pisarzy będzie zapamiętany nie jako autor dziennika, ale autor pięknych opowiadań i wierszy.

Na podstawie jego książek powstało 18 filmów. „Ktoś chce robić film z »Kochanków z Marony« – pisze Iwaszkiewicz. – Wzdrygnąłem się na tę wiadomość. Wydać na pastwę filmowców coś, co się tak przeżyło, co się tak ukochało? Wydać na łup aparatu (…) wszystko, co tam jest z krwi?”. Niedawno kolejne jego opowiadanie „Tatarak” przeniósł na ekran Andrzej Wajda. Liczba tomów poświęconych twórczości Iwaszkiewicza ciągle rośnie. Życie pisarza też cieszy się zainteresowaniem, jeszcze tej wiosny ukaże się jego biografia polityczna „Iwaszkiewicz. Życie po katastrofie” Marka Radziwona. W zeszłym roku pojawiły się „Listy do córek” pisane przez Iwaszkiewicza.

Doceniono też talent i wrażliwość jego żony Anny, kiedy ukazały się jej dzienniki. Opisywano też kilkakrotnie fenomen tego małżeństwa: pisarza o jawnych skłonnościach homoseksualnych i rygorystycznej katoliczki. W zapiskach Iwaszkiewicza znajdziemy sporo żalu, że oboje oddalają się od siebie, nie uczestniczą w swoich sprawach. Jak refren powtarza się wers z jego wiersza: „Że sam, że sam, że sam…”. Jednak ciągle mówi, że to właśnie małżeństwo było najwłaściwszą decyzją jego życia. I w godzinie śmierci to nie jakiś piękny chłopiec powinien trzymać go za rękę, tylko Anna. To się jednak nie spełniło, bo Iwaszkiewicz zmarł już po niej. Wiele osób w dzienniku szukać będzie nie tyle zapisków rodzinnych, co świadectw świadomości politycznej Iwaszkiewicza. Czy wobec siebie potrafił być szczery, tak jak choćby Dąbrowska w swoim dzienniku?

Ja już mam taką naturę

Pierwszy tom dziennika, obejmujący lata 1911–1955, który ukazał się trzy lata temu, wywołał poruszenie. Iwaszkiewicz nie tworzy obrazu powojennej Polski tak jak Dąbrowska czy Nałkowska, pisze głównie o sobie. Widzimy, jak pisarz tworzy wokół siebie balon, dzięki któremu nie dopuszcza do świadomości tego, co się dzieje w kraju. Lata pięćdziesiąte spędza na podróżach i co krok tłumaczy, dlaczego nie opuści kraju. – Kocham mój naród – odpowiada. Z drugiej strony w ogóle trudno wyobrazić sobie Iwaszkiewicza mieszkającego poza Polską, który ciągle tęskni. Jeżdżąc na Zachód, bez wahania twierdzi, że socjalizm jest najlepszy. To samooszustwo pozwala mu żyć, otula się nim jak kokonem. Dopiero „Poemat dla dorosłych” Ważyka odrobinę burzy jego dobre samopoczucie: „ja z moim »Listem do Bieruta«, »Felkiem Okoniem« nagle się okazuję ten naiwniaczek, który wierzył we wszystko. (…) Ja już mam taką naturę, że nie mogę widzieć samego negatywu” – tłumaczy się. Ta naiwność była też i wygodną strategią. Dzięki temu mógł myśleć tylko o sztuce.

W drugim tomie o wiele mniej miejsca poświęca polityce. Komentarze do sytuacji w kraju pojawiają się, gdy pisze o Październiku 1956 – czuje się dumny ze swojego narodu i karci siebie, że wcześniej utracił w niego wiarę. Wstydzi się socrealistycznej powieści dla młodzieży „Wycieczka do Sandomierza” oraz tego, że porównał Manna do Żdanowa, ale już nie wstydzi się wiersza o Bierucie, do którego miał sentyment. Z czasem czytelnik ma coraz silniejsze wrażenie, że jego postawa nie tyle wynika z naiwności, co jest świadomą grą i strategią. „Cała moja polityka jest obliczona na bardzo daleką metę, a przede wszystkim na zapewnienie wpływów polskiej literaturze (…) i to można osiągnąć tylko za pomocą zgody, zgody z partią, z pisarzami radzieckimi i zgody na Zachodzie”.

Nikt lepiej niż on, jak sądzi, nie reprezentowałby tam Polski. Zresztą czuł się pisarzem europejskim, więc starał się usilnie budować mosty między oboma światami. Tę postawę kompromisu i zgody badacze odnajdują też w jego twórczości. Z równym spokojem witał zmiany pór roku, jak i zmiany na szczeblach władzy.

Dzienniki na nowo otworzyły dawny spór o postawę Iwaszkiewicza, ale w drugim tomie to nie ona jest najważniejsza, bowiem przez życie starzejącego się pisarza przetacza się ogromna burza.

 

 

Mój martwy kochanek

„Ach jakże jest ciężko żyć z młodym sercem, zaczynając sześćdziesiątą piątą wiosnę” – pisze w 1958 r., w apogeum miłości do młodego mężczyzny, Jurka Błeszyńskiego. Wielka miłość wybucha, gdy są razem w Kopenhadze. Jurek umiera na gruźlicę. Iwaszkiewicz towarzyszy jego chorobie – opisuje jej postępy w dzienniku. Jurek ma żonę, dziecko, kochankę Lilkę i wielki urok osobisty, którym zjednuje całe otoczenie. Po jego śmierci Lilka mówi do Iwaszkiewicza: „Cóż to był za człowiek, że potrafił dać jednocześnie szczęście mnie i panu”. Anna Iwaszkiewicz też go uwielbiała i była świadoma, co łączyło go z Jarosławem. Iwaszkiewicz co pewien czas narzeka na kłamstwa, którymi karmi go ukochany, na wyłudzanie pieniędzy, ale to wszystko blednie w obliczu tego wielkiego szczęścia, tym większego, że naznaczonego śmiercią.

„Nie myślałem, że jeszcze mogę przeżyć taką noc, prawie jak z »Panien z Wilka«”. W dzienniku Iwaszkiewicz głosi pochwałę miłości homoseksualnej, najwyższej formy bliskości – niekoniecznie erotycznej – dwu ludzi. „Kocha się nie erotyzmem. Nie marną pieszczotą, ale jakąś ludzką jednością, wspólnotą cierpienia i śmierci. Myślę, że tak może kochać tylko mężczyzna mężczyznę, i że w tym tai się nagroda dla nas – okaleczonych – za wszelkie rozpacze miłości jednopłciowej”. Denerwuje się, że otoczenie to wszystko wulgaryzuje. „I nikt nie rozumie tej radości i tego szczęścia. Wszyscy myślą, że to polega na rżnięciu w dupę! A przecież to już Sokrates wyłożył Alcybiadesowi, że nie na tym polega szczęście i radość, jakiej doznają dwaj mężczyźni w obcowaniu ze sobą”.

Porównuje też do tej miłości związek z Anną, w którym największą rolę odgrywało pragnienie macierzyństwa, a nie wielka bliskość.

Miłość do Jurka znajduje później odbicie w „Kochankach z Marony”. A sceny jego śmierci jako żywo przypominają „Tatarak”. Iwaszkiewicz, podobnie jak Marta z tego opowiadania, kontempluje martwe ciało kochanka – ten opis robi chyba największe wrażenie w całym dzienniku. Błeszyński umarł w szpitalu w Turczynku, potem leżał w kostnicy, gdzie szpitalny dziad mył go i ubierał. Wokół kukały kukułki, niebo było lazurowe, po prostu upojny dzień. Iwaszkiewicz, podobnie jak Marta, w uniesieniu dotykał ciała zimnego jak lód i przypominającego krucyfiks z kości słoniowej. „Dotknąłem tego miejsca u nasady kości pacierzowej, wgłębienia nad kością ogonową, które jest najbardziej intymnym miejscem męskiego ciała”. Tak jak w wielu jego opowiadaniach – śmierć nadaje ciału ostateczne piękno.

Nowele są o mnie

Po lekturze dziennika inaczej patrzymy na opowiadania Iwaszkiewicza. Widać, jak bardzo są osobiste i jak wiele jest w nich motywów homoseksualnych. W „Młynie nad Utratą” uosobieniem ziemskiej, prymitywnej siły niszczącej jest kobieta. Wspólnota mężczyzn oddanych sztuce rozpada się pod jej wpływem. Julek ginie, ale na jej twarzy ślady cierpienia szybko znikają. Podobnie jak fale na jeziorze, w którym utopił się Karol. U Iwaszkiewicza bardzo często pojawia się obraz mokrego ciała chłopca, nie zawsze martwego jak w „Tataraku”. W dzienniku Iwaszkiewicz wspomina swoją młodość, fascynacje, chwile szczęścia, które jednocześnie łączą się z konkretnymi tytułami jego utworów. Wszystko splata się z jego życiem. Żałuje też, że tak rzadko uwieczniał w prozie Annę, jej portret pojawia się tylko w opowiadaniu „Anna Grazzi”. Za to stale była obecna w jego poezji.

W jednym z wywiadów, na pytanie, czy „Panny z Wilka” wyrażają swój czas, pisarz odpowiedział: „Nie wiem. Wyrażają po prostu mnie”. W dzienniku mówi podobnie: „Danilewiczowa pyta w swej recenzji z »Tataraku«, dlaczego w moich nowelach wszyscy mężczyźni płaczą. Bo wszystkie nowele są o mnie, droga pani Danilewiczowa”. Wyrzuca sobie zresztą, że łatwo się wzrusza, zupełnie jak sentymentalna panienka. „Okropnie jest mieć naturę tak pełną afektów i przemijających burz”. Emocjonalnie Iwaszkiewicz, pisarz państwowy, jest tym samym młodzieńcem z przeszłości, który czeka na poruszenie duszy – poprzez muzykę, krajobraz i przede wszystkim miłość. Tym boleśniej odczuwa wdzierającą się oschłość starości.

 

 

Autoportret, który tworzy w dzienniku, zmienia się z czasem. W tomie pierwszym żenująca wydawała się jego mania wielkości. Tutaj – przeciwnie, jest pełen zwątpienia. Owszem, wierzy w swoją misję promowania literatury polskiej za granicą, ale nie wierzy już w swoją twórczość. I to najbardziej zaskakuje, bo był przecież cały czas obsypywany honorami. Jakże inny obraz siebie miała Dąbrowska czy Nałkowska.

„Wyrosłem jako pieczarka – a później okazało się, że purchawka. (…) Mam żałosne poczucie, że nic nie napisałem”. Obarcza za to winą swoją wewnętrzną pustkę, brak wiary, namiętności, ale i prowincjonalizm, który jest cechą naszej literatury. „Nie Gide, nie Tołstoj, ale Iwaszkiewicz. A to jest bardzo mało”. Zazdrości Dąbrowskiej, która ma „Nobla w kieszeni” i jest sumieniem narodu, sączy złośliwości pod jej adresem, by na końcu dodać, że sam jest pisarzem trzeciorzędnym. Zgadza się ze Stefanem Kisielewskim, który powiedział mu, że współczesne opowiadania z tomu „Tatarak” są niedobre, że powinien być staroświecki. Racja, niedobre, jestem niedzisiejszy – powtarza. „Bardzo to przykre zostać niepełnym pisarzem, czymś marginesowym, kiedy się miało taki głód wielkości”. Wstydzi się „Sonetów sycylijskich” – słabizna. Coraz rzadziej pisze w uniesieniu, zdarza mu się to w czasie pobytu w szpitalu. Wtedy wiersze „rodzą się jak rzeźby, nieodwołalne, namacalne, konkretne jak przedmioty”. Pisząc je czuł się tak, jakby nagle w kimś się zakochał. Nie dbał o to, jak będą oceniane. „Prawdziwe szczęście jest tylko w sztuce. Mimo wszystko” – notował przy innej okazji.

I to już wszystko?

Tymczasem to, co uważał za swoją słabość, z czasem okazało się siłą jego twórczości. Właśnie owa staroświeckość, to, że nie podążał za swoim czasem (oprócz kilku prób socrealistycznych) i był „niedopasowany”. Był wierny swojemu odczuwaniu świata. „To chyba i cała wada mojego pisarstwa, wszystko tam odczute, a nic nie pomyślane”. Nikt tak jak Iwaszkiewicz nie opisał i nie odczuł zagadki śmierci. A sumienia narodu trafiły do lamusa, by wyłaniać się z nich po latach tylko dzięki swoim dziennikom.

Iwaszkiewicz w „Dzienniku 1956–1963” obsesyjnie żegna się z przeszłością. Powtarza swoje pytanie z dzieciństwa: „I to już wszystko?”, które jest znakiem nienasycenia życiem. Ale też nie wierzy, żeby coś jeszcze było przed nim. Przyszłości nie widzi. Widzi tylko fiasko wspaniale zapowiadającej się drogi. Tymczasem przed nim były jeszcze m.in. najpiękniejsze wiersze, jakie kiedykolwiek napisał, z tomu „Mapa pogody” i „Muzyka wieczorem”. Powstały niedługo przed śmiercią w 1980 r. W tych strofach jest i niewygoda starości, i czułość dla minionych ludzi i przedmiotów, i żal, że nikogo się już nie obchodzi. I świadomość, że „świat będzie taki sam. Beze mnie”. I jest też poczucie, że mówił w poezji (w prozie również) – własnym i zupełnie wyjątkowym głosem. „Ty – nie zostawiaj mnie tutaj samego/Gdy odlatują gwiazdy i bogowie/Posłuchaj słowa prostego mojego/Bo już nikt inny tak tobie nie powie”.

 

Polityka 10.2010 (2746) z dnia 06.03.2010; Kultura; s. 70
Oryginalny tytuł tekstu: "Wszyscy mężczyźni płaczą"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Dyplomaci jak hostessy – tak działa polskie MSZ

PiS w zasadzie nie prowadzi polityki zagranicznej. Nie potrzebuje więc doświadczonych ambasadorów. Chyba że do roli hostess.

Grzegorz Rzeczkowski
09.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną