"Wall Street: Pieniądz nie śpi": moralitet o kasie

Ci paskudni kapitaliści
Gordon Gekko, mistrz spekulacji finansowych i symbol upadku etyki biznesu sprzed dwóch dekad, powraca w sequelu "Wall Street: Pieniądz nie śpi". Czy diaboliczny biznesmen może się nawrócić?
Michael Douglas (z prawej) jako Gordon Gekko po latach.
materiały prasowe

Michael Douglas (z prawej) jako Gordon Gekko po latach.

Nie kryzys, który dwa lata temu zepchnął amerykańską gospodarkę w recesję, i nie pieniądze są głównymi tematami filmu Olivera Stone’a. Tylko pytanie, czy jest coś ważniejszego w życiu od pieniędzy. Różnica pozornie niewielka, niemniej zmiana akcentu z sensacji na sumienie i moralność w czasach, gdy każdy boleśnie odczuwa spadek poziomu życia, wydaje się posunięciem właściwym. Konkurując z mediami ujawniającymi co chwilę skandale biznesmenów pokroju Berniego Madoffa, skazanego na 150 lat więzienia za nadużycia sięgające 50 mld dol., Stone stałby na straconej pozycji. Rzeczywistość zawsze okazywałaby się mocniejsza.

„Wall Street: Pieniądz nie śpi” żadnych tego typu rewelacji nie przynosi. Osadzony w 2008 r., w momencie pikowania giełdowych indeksów, generalnie obraca się w kręgu powszechnie znanych faktów. Wrogie przejęcia, upadające banki, oszustwa finansowe, mętne interesy doprowadzające do samobójstw właścicieli korporacji – to wszystko oglądamy z bliska, ale bez wypieków na twarzy jak w części pierwszej, która wyprzedzała zdecydowanie swój czas pod względem demaskowania zakulisowych poczynań rekinów finansjery. Pod tym względem uchodząc nawet za dzieło profetyczne. Nowością jest natomiast zaskakująca przemiana starego, wyrafinowanego łajdaka Gordona Gekko, nieoczekiwanie uświadamiającego sobie po odsiedzeniu ośmioletniego wyroku, że wartości rodzinne też mają swoją wagę. I że mogą być bezcenne.

Zanim Oliver Stone nakręcił w 1987 r. pierwszą część „Wall Street”, amerykańscy filmowcy rzadko interesowali się tematyką giełdową. Jeśli już, to nowojorscy maklerzy pojawiali się jako groteskowe marionetki w komediach ośmieszających ich żałosne marzenia o bogactwie. Nigdy na pierwszym planie. Bez jakichkolwiek pretensji do miana tragicznych, wielowymiarowych postaci.

Dopiero Gordon Gekko, zagrany brawurowo przez Michaela Douglasa (został za to uhonorowany Oscarem), przełamał lody. Stał się ulubieńcem antykeynesowskich elit ekipy Ronalda Reagana, bohaterem pokolenia białych kołnierzyków, rozpoczynającego coraz śmielej demontaż amerykańskiego systemu finansowego.

Chciwość jest dobra

Cyniczny, pozbawiony uczuć gracz giełdowy usprawiedliwiał nieuczciwość i szaleńczą pogoń za zyskiem jednym prostym zdaniem: chciwość jest dobra. Mefistofeliczna inteligencja, programowy brak zasad, a nade wszystko kult niepohamowanej żądzy pieniądza Gekko okazały się na tyle silnym magnesem, że zamiast odstraszać, inspirowały do ryzykownych spekulacji. Ośmieszały postawę młodego idealisty (Charlie Sheen), którego niesprawiedliwie okrzyknięto Judaszem za to, że donosi policji na makiawelicznego mentora. Całkiem na przekór reżyserskim intencjom Stone’a, dedykującego swój film zmarłemu ojcu – maklerowi giełdowemu, i marzącego, by stworzyć portret grubej ryby, która zmierza w złą stronę, marnie kończąc.

Wiadomo, że zło podane w atrakcyjny sposób przyciąga. Gekko posiadał cechy wyjątkowe, niespotykane w hollywoodzkich widowiskach. Zdecydowanie wyróżniające go na tle sztampowych czarnych charakterów. Działał jak gangster w szanowanym środowisku, uchodzącym za wzór lojalności i stabilności, ostoi amerykańskiej gospodarki. Nie plamił sobie rąk krwią ofiar. Jego bronią była poufna informacja, czerpana od insiderów oraz przekupionych urzędników. Wykorzystywał ją do błyskawicznego zawierania transakcji. Wiedział, jak manipulować rynkiem, wspierany przez armię oddanych mu dziennikarzy, którzy w odpowiednim momencie wprowadzali w błąd opinię publiczną. Miał za nic facetów z Harvardu, czerpiących mądrość z książkowych teorii. Przebijał ich ekonomiczną wiedzę oraz dobre rady wyciągiem z konta (dniówka 800 tys. dol.), dowodząc, że prawdziwe bogactwo zawdzięcza się jedynie własnej przebiegłości, a nie uniwersyteckiemu wykształceniu.

Przystojny, dowcipny, opływający we wszelkie luksusy, stanowił jaskrawy przykład, że chciwość podszyta zawiścią przynosi nadzwyczajne korzyści. Zaś filozofia „etycznego bajpasu” (zwalczania konkurencji bez sentymentów i bez oglądania się na wartości) – jeśli tylko idzie w parze z ambicją i konsekwencją – jest najlepszym sposobem na zaspokajanie egoistycznych potrzeb. Takich jak podróżowanie własnym samolotem, zamiast zasiadania w cudzym w pierwszej klasie. Albo kupno modnego obrazu za pieniądze uzyskane z doprowadzania rentownych przedsiębiorstw na skraj bankructwa.

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną