"Les Misérables" podbijają polską publiczność

Nędznicy nas wzbogacą
Najnowsza produkcja stołecznego Teatru Roma skazana jest na sukces, zaś kompletów na widowni można spodziewać się przez kilka najbliższych lat. Bo „Les Misérables” to najwybitniejszy musical w historii gatunku.
Państwo Thénardier w II akcie królują w kanałach...
Michał Kulisiewicz / Teatr Roma/materiały prasowe

Państwo Thénardier w II akcie królują w kanałach...

Opinia o wyjątkowym charakterze scenicznych „Nędzników” nie jest przesadzona. Niech za dowód służą statystyki (patrz ramka), którymi można by zapełnić kilka stron w Księdze rekordów Guinnessa. Nieprzerwanie od 25 lat publika na całym świecie kocha ten musical miłością wielką i niegasnącą z kilku powodów. Przede wszystkim z uwagi na muzykę. Kompozytor Claude-Michel Schönberg upakował w nim tak wiele wspaniałych songów, że po wyjściu z teatru nie wiadomo, który z nich w pierwszej kolejności nucić pod nosem. „I Dreamed a Dream”, „Who I Am?”, „Master of the House”, „One Day More”, „A Heart Full of Love” i „Bring Him Home” czy może „Do You Hear the People Sing”?

Nawiasem mówiąc, to zasadniczo różniło Schönberga od drugiego wielkiego tytana sceny musicalowej – Andrew Lloyda Webbera, który zawsze oszczędnie dawkował hity, wychodząc z założenia, że jeden, acz parokrotnie i umiejętnie w spektaklu powtórzony, całkiem wystarczy. Postępując w ten sposób Schönberg mógłby z muzyki do „Nędzników” utkać z tuzin nowych dzieł, ale w owej szczodrości okazał się mało przewidujący. W wystawionej osiem lat później „Miss Saigon”, choć i ona odniosła gigantyczny sukces, takich przebojów do ponucenia już brakowało. Kolejny jego musical „Martin Guerre” (1996 r.) nawet nie dotarł na Broadway, a „The Pirate Queen” (2006 r.) sprzedawał się kiepsko, zszedł z afisza Hilton Theater po zaledwie 85 przedstawieniach i ze wstydliwym deficytem 18 mln dol. Z drugiej strony, gdyby nie młodzieńcza (komponując „Les Miserables” miał 35 lat) hojność Schönberga, za czym szaleliby dziś miłośnicy musicali?

Z ducha oryginału

Do najwyższej jakości muzyki dopasował się scenariusz, co w musicalowym światku zdarza się wcale nie tak często. Pomysł, by w trzech godzinach śpiewu pomieścić 1500 stron wybitnej i wielowątkowej powieści Victora Hugo, wydawał się absolutnie karkołomny. A jednak Alain Boublil poradził sobie z librettem, które udoskonalił później (przy tworzeniu wersji angielskiej) Herbert Kretzmer. Spektakl zachował zaskakująco dużo z ducha i przesłania powieści, choć wszystkim uczniom zdecydowanie odradzam wybór musicalu w zastępstwie szkolnej lektury. Choćby dlatego, że wiele istotnych wątków książkowych zostało tu z konieczności pominiętych. Zdecydowanie pomniejszono rolę biskupa, który doprowadza do duchowej przemiany głównego bohatera. Złagodzono wizerunek Eponiny, a szumowinom, jakimi było małżeństwo Thenardier, przydano humorystyczne rysy i litościwie skrócono ich losy. Kilka postaci dość istotnych w powieści w musicalu w ogóle nie występuje, jak Anzelma (siostra Eponiny) czy Monsieur Gillenormand (dziadek Mariusa).

Mimo tych uproszczeń musical i tak zaskakuje bogactwem treści. Sylwetki głównych bohaterów zarysowano wyraziście. Wiarygodny jest drugi plan: prostytutki, rewolucjoniści, robotnice. Jest tu miłość i nienawiść, szlachetność i nikczemność, solidarność i małostkowość. Wyraźnie brzmią pytania o istotę dobra i zła, o relacje między egoizmem a altruizmem, dobrem własnym a publicznym, o istotę sprawiedliwości itd.

Dużą zasługą kierującego Teatrem Roma Wojciecha Kępczyńskiego było to, że w poprzednich latach nie tylko wystawiał musicalowe megaprodukcje, ale również mógł je zawsze opatrzyć magicznym dopiskiem „polska premiera”. Tak się sprawa miała z „Kotami”, „Upiorem w operze”, „Tańcem wampirów”, „Miss Saigon”. Tym razem stało się inaczej. Przypomnę, że „Nędznicy” pojawili się w kraju po raz pierwszy na deskach Teatru Muzycznego w Gdyni w 1989 r. i wystawiani tam byli przez kolejne 11 lat. Owa produkcja, w reżyserii Jerzego Gruzy, do dziś uważana jest za wybitną. A wówczas była też sensacją; polska wersja w zaledwie dwa lata po wielkim sukcesie na Broadwayu, wcześniej niż adaptacje niemiecka czy hiszpańska!

Kępczyński musi więc pogodzić się tym razem z rolą tego drugiego, ale poszczycić się może czym innym: jego premiera odbyła się niemal dokładnie w 25 rocznicę pierwszego londyńskiego przedstawienia. I trzeba przyznać, że dobrze obszedł ów jubileusz.

Tłoczno, acz kameralnie

Warszawska adaptacja zaskakuje powściągliwością. Wydaje się, że wszyscy realizatorzy podeszli do słynnego oryginału z wyraźnym szacunkiem. Wysmakowana, bez szaleństw, scenografia i kostiumy, pozbawiony fajerwerków ruch sceniczny, nawet tłumaczenie Daniela Wyszogrodzkiego bez językowych gierek, do jakich wcześniej nas przyzwyczaił. Reżyser przedstawienia Wojciech Kępczyński zaledwie kilka razy w ciągu tych trzech godzin daje się ponieść naturalnej skłonności do musicalowego rozmachu, jak choćby w scenie balu. Oszczędnie używa też efektów specjalnych, przez co, jeżeli już się pojawiają, zdecydowanie nabierają siły wyrazu (śmierć Javerta). Nawet niektóre legendarne sceny zbiorowe (fabryka, dom publiczny, barykada) mają w sobie coś z kameralności.

Wydaje się, że reżyser tym razem postawił nie na olśniewający efekt, ale na element liryczny, grę uczuć i pragnień. W sumie słusznie, bo silne emocje targają na scenie wszystkimi, od pierwszej po ostatnią odsłonę, i żal by było nie wykorzystać takiej szansy. Musical co chwila wyciska więc łzy z oczu, na szczęście bez przekraczania cienkiej granicy, dzielącej emocjonalność od ckliwego sentymentalizmu. Niektóre najważniejsze arie bohaterowie śpiewają na wyciemnionej scenie, stojąc jedynie w snopie światła. Zabieg, jak na musical, dość ryzykowny, ale w tym przypadku doskonale się broni. Kępczyński, jako stary musicalowy wyga, doskonale wie, kiedy powinien zafundować widzowi zapierające dech w piersiach widowisko, a kiedy lepszy efekt daje ascetyzm.

Jak przystało na spektakl, który będzie grany codziennie przez dłuższy czas, w pogotowiu jest kilka aktorskich ekip. Ja widziałem tzw. obsadę premierową. Janusz Kruciński jako Jean Valjean – absolutnie bez zarzutu. Naprawdę musiałbym być bardzo złośliwy, czepiając się śpiewu lub gry Edyty Krzemień (Fantyna), Ewy Lachowicz (Eponina), Mariusza Mrozińskiego (Marius), Łukasza Zagrobelnego (Enjolvas). Tomasz Steciuk to najlepszy w kraju musicalowy aktor charakterystyczny, zatem razem z Anną Dzionek tworzą świetną kreację państwa Thenardier. Są w Warszawie teatry skazane na Shawshank. Teatr Roma najwyraźniej skazany jest na sukces.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną