Kawiarnia literacka

W wakacyjnym zaprzęgu
Nie wierzę w wakacyjne wyjazdy z przyjaciółmi. Co dobre dla studentów, wyjdzie bokiem dorosłemu.

Wakacje, w zamyśle odpoczynek, to czas, by dać się odgiąć twarzy z fałd fałszywych uśmiechów, które rozdajemy przez cały rok jako zwierzęta uspołecznione. Jestem z tych psów husky, którym niezbyt podoba się w zaprzęgu. Lubię uciec. Ale jako rodzic czuję, że aby dobrze odchować młode, należy im pokazać większą grupę i rządzące nią – jednak wilcze – prawa (przepraszam na łamach wszystkie wilki).

Co nas nie zabije, to wzmocni. Wspólny wyjazd dzieciatych par może zaowocować przyjaźnią lub rozbiciem małżeństwa, nowym przepisem na konfitury lub inspiracją, w efekcie której powstanie film taki jak „Rzeź” Polańskiego; przysięgą, że „za rok to już na pewno bez nich” albo felietonem.

Oczywiście nie wszystkie wyjazdy z przyjaciółmi wyglądają jak przepis, który podam. Papuguję trochę dziecko znajomych, które namiętnie fotografuje swoim iPadem (wersja druga, unowocześniona), po czym za pomocą specjalnego programu tak zniekształca twarze, że ludzie wyglądają jak upiory. Skaza psychiczna czy szczerość dziecka wołającego: „Ej, król jest nagi!”?

Wspólny wyjazd z przyjaciółmi – nazwijmy go WWZP – zaczyna się przyjemnie: oto pary zajeżdżają w głuszę tłustymi samochodami… Zatrzymajmy się na chwilę i rozbijmy to zdanie, niczym wakacyjny namiot, na czynniki pierwsze: pary – bo w pojedynkę wypada się gorzej, zwłaszcza w pewnym wieku, będąc pewnej płci (nieszczęsnej żeńskiej). Czterdziestka nie do pary musi sobie zorganizować wyjazd z koleżanką, najlepiej „Wakacje w siodle”. Głusza – niezbędny czynnik wypoczynku, pobyt tam przemyca informację, że letnicy są z miasta, gdzie, jak wiadomo, jest sto razy lepiej niż na wsi, no i prestiżowo. Tłuste samochody – ta kategoria zawiera w sobie sytość finansową, którą jedni epatują drugich, by dowieść, ile wyszarpali mięsa z korporacyjnego karibu. Coś, co inni mogli w ciągu roku przeoczyć, zajęci polowaniem. Teraz jest czas, by im to podetkać pod nos, w końcu od czego są wakacje.

Ale wróćmy do naszych baranów, jak mawiają Francuzi, tu: letników. Po wylądowaniu w oazie spokoju rozstawiają wiele sprzętów, które mają uprzyjemnić pobyt, a które jak muchołapki wyłapią resztki tlącej się w nich potrzeby wolności; i tak, zamiast wyjść w deszcz na bosaka, dorośli będą smętnie wyglądać za okno wrzeszcząc na dzieci, żeby przestały obijać się o ściany wynajętego przybytku. Dzieci, którym się nudzi, będą się poruszać ruchami Browna (cząsteczki w stanie chaosu), rodzice będą kompulsywnie pili „kawkę” (mamusie) lub „piwko” (tatusiowie) trwając w napiętym oczekiwaniu, aż pogoda pozwoli rozpalić wieczornego grilla. By nie psuć obrazka, o karkówce nie będę wspominać.

A jednak – miałam o niej nie pisać – tymczasem obraz opiekania tłustego mięsa zadziałał jak wspomnienie magdalenki. I oto widzę, jak pary stawiają się na święty rytuał grilla; panowie oferują paniom drinka, bo męska to rzecz odkorkować flaszkę. Panie subtelnie popijają uciszając rozbrykane dzieci, nie zaniedbując przy tym kobiecego obowiązku nakrycia do stołu. Panowie rozmawiają (drukowanymi literami to powinno być) – o piłce nożnej, polityce, a ci, co się nie wstydzą, nawet o polowaniach. Panie konwersacja wiedzie drobnymi kroczkami w takie wyzwalające rejony, jak dzieci, plotki z witryny „Pudelek”, ostatnie odcinki serialu oraz kto i w co wstrzyknął sobie botoks. Dzieci rytualnie przeszkadzają. I tak się ta idylla rozwija, choć tu i ówdzie wyczuwa się podskórne napięcie. Niby gadki szmatki, ale twarze panów tężeją, a panie szczebioczą coraz sztuczniej. Atmosfera niebezpiecznie gęstnieje, bo oto nadchodzi czas…

Tu dygresja: regułą jest, że WWZP zaczynają się słodko. W pierwszych dniach pobytu pary oferują sobie nawzajem drinki, kawy czy kanapki. W kolejnych – prześcigają się w porządkowaniu, żeby nie było, że tamci potem ich oplotkują, że po sobie burdel zostawiają. Pod koniec pobytu podnosi się osad z szamba, a katalizatorem jest… zmywarka (WWZP w wersji lux). Nie ma takiego, co dogodziłby drugiemu w sposobie ustawiania naczyń w zmywarce! Ani w małżeństwie, ani tym bardziej para parze.

Dlatego pod koniec pobytu zatomizowane pary – małżonkowie dawno się pożarli, w końcu są wakacje – wstają specjalnie wcześniej, przybiegają na bosaka do kuchni i przestawiają naczynia w na wpół zapełnionej zmywarce, by zmieścić więcej (każdy wie lepiej, jak to zrobić). Uruchomiwszy maszynę, wracają uspokojeni do łóżka, by jeszcze chwilę przyciąć. Wyścig do zmywarki dotyczy tak kobiet, jak i mężczyzn, bo choć zniesmacza ich funkcja czyszcząca maszyny, to podnieca fakt, że mają do czynienia z urządzeniem.

A wracając do zespołu napięcia przy grillu – chodzi oczywiście o to, czyj mąż lepiej wysmaży mięso! Czy uda mu się zaspokoić żądanie, by było lekko surowe, średnio wysmażone albo spieczone na skwarę. Zwycięża ten samiec, który umie dogodzić.

Nie uprawiam WWZP, ale czasem warto się poświęcić. Żeby odchowując młode pokazać im i zmywarko-grilla, i ucieczkę od tego. Niech wiedzą, że mają wybór. To obowiązek rodzica, który czuwa dydaktycznie, gdy inni wypoczywają. A ten felieton niech będzie przyprawą do wakacyjnego mięsa – ostrą – żeby karkówka nie wyszła mdła.

Grażyna Plebanek, powieściopisarka, autorka opowiadań, dziennikarka. Pytana, czy pisze o sobie, odpowiada, że nie, bo: nie jest mężczyzną („Nielegalne związki”), wiejską młodocianą filozofką („Przystupa”), czterema zbuntowanymi dziewczynami („Dziewczyny z Portofino”), godzącą role życiowe Nadkobietą („Pudełko ze szpilkami”). Nałogowo podróżuje. Warszawianka, na pięć lat przeniosła się do Sztokholmu, obecnie mieszka w Brukseli. Jej ideał kobiecej urody to bohaterka książek Terry Pratchetta, Niania Ogg, której twarz przypominała „szczęśliwe, pomarszczone jabłko”.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną