Książki

Mrożka czytanie ze zrozumieniem

Kawiarnia literacka

Czytelnik dzienników Sławomira Mrożka wie, że Mrożek nie umiera nigdy. On się jedynie przebóstwia.

Zmienia skórę, optykę i poglądy, zwłaszcza te dotyczące swojej osoby. Jest względny jak pogoda, zależny od punktu siedzenia przy kawiarnianych stolikach Krakowa, Meksyku, Paryża, Nicei. Dostrzega z całą ostrością kapryśną naturę własnych sądów i wyborów. W dziennikach oscyluje między mitomaństwem a rozpaczą, między ortodoksyjnym przywiązaniem do pierwszej osoby liczby pojedynczej a mówieniem o uniwersalnych mechanizmach rządzących zachowaniami społecznymi. Bezwzględna data śmierci pisarza mogłaby spokojnie znaleźć się w którymś z jego diarystycznych zapisów jako próbka czarnego humoru, luksusowy żart, na jaki można sobie pozwolić w doborowym towarzystwie samego siebie.

Tymczasem nie możemy już spodziewać się żadnych zapisów. Oczywiście poza publikacją spuścizny, co wcześniej zapowiadano. W wieku 83 lat Mrożek odszedł, przebóstwił się ostatecznie i nieodwołalnie. Ten nauczyciel czytania życia ze zrozumieniem jego absurdalnego charakteru był w polskiej kulturze okazem bezwzględnie jedynym. Jego decyzja upublicznienia opasłych dzienników nic z tej jedyności mu nie odebrała. Za życia Mrożek zdecydował się na gest ostentacyjnie ryzykowny z punktu widzenia klasyka powojennej literatury polskiej. Oto wpuścił nas do zdecydowanie brudnej kuchni, byśmy oddychali wyziewami z garów, w których pichcił co smaczniejsze kąski pełnokrwistej literatury.

Kolejno publikowane tomy dzienników wzbudzały, co oczywiste, skrajne emocje wśród krytyków. Słychać było tak zachwyty, jak i głosy znużenia. Być może te drugie mówią nam dziś więcej o sile pisarstwa Mrożka. Z nudy, z egzystencjalnego wyjałowienia uczynił on wszak paliwo, którym napędzał własną twórczość. W jednym z zapisków z 1976 r. pojawia się absolutnie kapitalna fraza: „Piszę tak ogólnie, ponieważ poszczególnie nie mam nic do napisania. Jestem poszczególny, ale pusty. (Stary i zmęczony)”.

Być może sam autor nie zdawał sobie wtedy sprawy, jak bardzo los zechce sprawdzić ten niewinny kabotynizm. Starość i zmęczenie, z jakimi przyjdzie mu się mierzyć w nowym tysiącleciu, przyjęły poniekąd formę przypowieści. Afazja, którą przezwyciężył po przebytym w 2002 r. wylewie, stała się signum losu tragicznego. Jednak skłonność do widzenia świata w kategoriach farsy i związanych z nią surrealistycznych majaczeń Mrożkowi pozostała, czego widomym przykładem jest jego ostatnia sztuka „Karnawał, czyli pierwsza żona Adama”.

Autor „Tanga” zapewniał polskiej kulturze dopływ zdrowego rozsądku. Jako rysownik organizował narodowi konieczny zimny prysznic. Jednostkom czytającym natomiast dostarczał paradygmatu przetrwania w banalnym klimacie spełnionej apokalipsy. Mrożek jako świadek XX-wiecznych konwulsji politycznych faktycznie stworzył model wewnętrznej emigracji, na jaką winni udać się wszyscy wielbiciele jego talentu. Ten milczący, stojący zawsze obok zgiełku emocji rządzących tłumem, człowiek w ciemnych okularach stał się symbolem oporu przed językiem zbyt głośnych, światopoglądowych deklaracji. Okazał się jednoosobowym wyzwaniem rzuconym prymitywnym teoriom roszczącym sobie prawo do tłumaczenia całej złożoności rzeczy tego świata. Być może dlatego był jak rzadki ptak.

Na jednym z najsłynniejszych zdjęć, jakie zna polska kultura literacka, Mrożek został ujęty w jednym kadrze z Samuelem Beckettem. Gdyby dodać do siebie te dwa dzieła ludzkiego intelektu i stopić w jeden język narracji Mrożka z Beckettem, tajemnica rzeczywistości uległaby wyczerpaniu. Być może do samego końca swojego długiego życia Mrożek bał się przede wszystkim, że literatura, a przez nią świat, straci sens. Tak oto, w końcu lat 70., przeczuwał zanik sensu literackiej kreacji: „Pisanie jest i musi pozostać pisaniem. Narzekasz, że nie przyniosło ci nic więcej, niż ci przynieść mogło? Ponieważ nic, co znane człowiekowi, nie jest zasadnicze, pierwsze, więc dlaczego pisanie by być miało. To nie pisanie cię rozczarowało, tylko twoje roszczenia”.

Maksymalistyczny, egzystencjalny program Mrożka polegał właśnie na stawianiu świata pod znakiem zapytania, w świetle jak najbardziej trzeźwych zarzutów o jego niewystarczalność. Mrożek jako krytyk cywilizacji widział w niej nadto przemoc, mechanizm mielenia jednostek na proszek. W rewolucjach brzydził go fetor mierzwy, w jaką zmieniają się górnolotne, czyste ideały. Pomimo języka groteski, którym tak chętnie się posługiwał, był przede wszystkim piewcą głębi sztuki, jej ocalającego, kontemplacyjnego wymiaru. Przy czym nigdy głośno o tym nie mówił. Jednocześnie sceptycznie i ostrożnie podchodził do kwestii wyobraźni, widząc w niej zasadę kierującą ludzkimi poczynaniami, a co z kolei skutkuje każdorazowo totalitarną eksterminacją.

W jakimś sensie Mrożek oraz jego słuszne i niesłuszne poglądy na wszystko pozostaną zawsze zadaniem do wykonania. Kwestią nierozstrzygalną pozostanie również to, co też mógł mieć na myśli pisząc: „Chyba nic mnie nie zbawi oprócz mojej własnej siły. Której wciąż mi się wydaje, że nie mam. Stąd strach. Nie chodzi o zbawienie inne, jak tylko o the survival, przetrwać, czyniąc sobie jak najmniej szkód”. Czym mogłoby być życie, które „czyni sobie jak najmniej szkód”? Jałowym rajem z „Karnawału, czyli pierwszej żony Adama”? Koszmarną utopią? Wolałbym myśleć, że raczej ciągłą praktyką lektury Mrożkowych dramatów, ciągłym przymierzaniem jego okularów do swoich własnych, duchowych aspiracji. Bo po to nam je zostawił.

Krzysztof Siwczyk, jedyny w Polsce poeta, który jest jednocześnie krytykiem literackim, felietonistą oraz aktorem (zagrał świetnie głównego bohatera filmu Lecha Majewskiego „Wojaczek”). W 2012 r. wydał tom wierszy „Gody”. Pracuje w Instytucie Mikołowskim znajdującym się w domu, w którym mieszkał Rafał Wojaczek.

Polityka 34.2013 (2921) z dnia 20.08.2013; Kultura; s. 71
Oryginalny tytuł tekstu: "Mrożka czytanie ze zrozumieniem"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Dyplomaci jak hostessy – tak działa polskie MSZ

PiS w zasadzie nie prowadzi polityki zagranicznej. Nie potrzebuje więc doświadczonych ambasadorów. Chyba że do roli hostess.

Grzegorz Rzeczkowski
09.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną