Książki

Siła bezsilnych

Recenzja książki: Stephen King, „Instytut”

materiały prasowe
King, jak to ma ostatnio w zwyczaju, wyprowadza przy okazji parę ciosów wymierzonych bezpośrednio w Donalda Trumpa, ale jego książka jest przede wszystkim metaforą wadliwego systemu.

Powieść „Instytut” zaczyna się niczym książki Lee Childa o Jacku Reacherze: Tim, były gliniarz, pragnący odciąć się od przeszłości, przyjeżdża do małego miasteczka na Południu, znajduje pracę jako nocny stróż i… na długi czas tracimy go z oczu – wraca dopiero w emocjonującym finale. King tymczasem przenosi akcję do tajnego zakładu, w którym przetrzymywane są dzieci obdarzone zdolnościami parapsychicznymi. Placówka wykorzystuje małoletnich więźniów rzekomo do utrzymania kruchej równowagi w świecie. Wśród dzieci znalazł się Luke, ponadprzeciętnie inteligentny telekinetyk. To za jego sprawą w instytucie dojdzie do buntu. Nowa powieść Kinga to katalog sprawdzonych pomysłów: dzieci niekontrolujące własnej mocy, małomiasteczkowa społeczność jako lustro, w którym przegląda się Ameryka. Jednak tym razem elementy nadnaturalne zostały ograniczone do minimum. Zło ma w „Instytucie” wyłącznie ludzką twarz: nie tylko pseudonaukowców gotowych do eksperymentowania na dzieciach, lecz wszystkich, którzy odwracają (najczęściej za pieniądze) wzrok od cudzego cierpienia. King, jak to ma ostatnio w zwyczaju, wyprowadza przy okazji parę ciosów wymierzonych bezpośrednio w Donalda Trumpa, ale jego książka jest przede wszystkim metaforą wadliwego systemu. Skorumpowanej administracji, która w imię wyimaginowanych celów bez wahania poświęca najsłabszych. „Instytut” ukazuje się, gdy amerykańskie służby wciąż przetrzymują dzieci odebrane rodzicom próbującym nielegalnie przekroczyć granicę. Pisarz twierdzi, że to zbieg okoliczności – ale tym bardziej przenikliwe wydaje się jego spojrzenie na współczesną Amerykę.

Stephen King, Instytut, przeł. Rafał Lisowski, Albatros, Warszawa 2019, s. 672

Polityka 39.2019 (3229) z dnia 24.09.2019; Afisz. Premiery; s. 82
Oryginalny tytuł tekstu: "Siła bezsilnych"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Historia słynnego agenta 007

23 filmy, sześciu aktorów użyczających twarzy głównemu bohaterowi, mnóstwo wypitych Martini, rozbitych aut i uwiedzionych kobiet. Filmowy James Bond, od pięciu dekad obecny na ekranach, pobił rekord, do którego nie zbliżyła się żadna inna filmowa seria.

Katarzyna Czajka
02.10.2012
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną