Recenzja płyty: Joe Walsh, "Analog Man"

Analogowy Joe
Bardzo porządna i mało nowoczesna rockowa płyta, eksponująca gitarę i wokal Walsha.
materiały prasowe

To prawdziwy weteran amerykańskiego rocka. Joe Walsh już jako dwudziestolatek posmakował sławy tworząc pierwsze przeboje z działającym w latach 60. zespołem James Gang, z doskonałym „Funk #49” na czele. Jednak w James Gang po pewnym czasie zrobiło mu się za ciasno. Odszedł, by szukać nowych pomysłów. Rozpoczął karierę solową, ale zaproszony do wstąpienia do kalifornijskiej grupy The Eagles nie odmówił. Pierwszym efektem współpracy Walsha z zespołem była legendarna dziś płyta „Hotel California”. Bycie jednym z The Eagles nie skłoniło artysty do porzucenia działań pod swoim nazwiskiem. Losy jego kolejnych płyt były różne, ale nagrywał regularnie do połowy lat 90. Potem nastąpiła wieloletnia fonograficzna przerwa.

Dopiero teraz, po kilkunastu latach, Joe Walsh proponuje publiczności swoją nową płytę, nieco kokieteryjnie zatytułowaną „Analog Man”. Ten tytuł ma sygnalizować dystans, jaki artysta ma do współczesnego, zdigitalizowanego, zdominowanego przez komputery świata. Symptomatyczny jest również wybór producenta. Tę rolę zaproponował Walsh Jeffowi Lynne’owi, święcącemu w latach 70. sukcesy z Electric Light Orchestra. Efekt tej współpracy to bardzo porządna i mało nowoczesna rockowa płyta, eksponująca gitarę i wokal Walsha. Dla starszych fanów jest tu również smaczek przypominający o niegdysiejszym sukcesie „Funk #49”, zatytułowany tym razem „Funk 50”.

Joe Walsh, Analog Man, Fantasy

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną