Recenzja płyty: Eric Burdon, "’Til Your River Runs Dry"

Eric Burdon wiecznie żywy
Niektórym mogło się wydawać, że Eric Burdon to zgorzkniały starszy pan, z rozrzewnieniem wspominający piękne lata 60., sukcesy zespołu The Animals i odcinający coraz bardziej wyblakłe kupony z napisem „House of the Rising Sun”. Nic bardziej mylnego.
materiały prasowe

Burdon niestrudzenie pracował, tworzył i koncertował na całym świecie, łącznie z Polską. Listy przebojów i migające teledyski to nie jego teren, więc żeby go usłyszeć, trzeba było nieco się natrudzić. Sygnałem zwiastującym możliwość powrotu Erica Burdona do grupy artystów „zauważalnych” była wydana jesienią ubiegłego roku świetna, niestety mała (zaledwie cztery utwory), płytka nagrana z amerykańskim zespołem The Greenhornes. W styczniu 2013 r. pojawia się już pełnowymiarowy album artysty zatytułowany „’Til Your River Runs Dry”.

Mimo ukończonych 70 lat artysta prezentuje znakomitą formę, nie tylko wykonawczą, ale i twórczą. Warto podkreślić, że Burdon jest autorem bądź współautorem większości piosenek na płycie, a przy jej nagraniu nie korzystał ze znanych „gości specjalnych”, podnoszących atrakcyjność promocyjną tytułu. Głos wokalisty jest czysty i mocny, jak za najlepszych lat dekady temu. A muzyka – jak zwykle u Burdona. Jest i ballada, jest rockowe granie, elementy funku, a wszystko przesiąknięte tym, co artysta kocha najbardziej, czyli bluesem. No i, też jak kiedyś, w czasach The Animals, hołd składany wielkiemu mistrzowi artysty, Bo Diddleyowi.

Po wysłuchaniu „’Til Your River Runs Dry” dawni fani EB mogą spokojnie polecić tę płytę swoim dzieciom i wnukom. Na dowód tego, że świat nie kończy się na Rihannach i Bieberach.

 

Eric Burdon, ’Til Your River Runs Dry, ABKCO 2013

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną