Recenzja płyty: Lucinda Williams, „Down Where the Spirit Meets the Bone”

Nie na festyn
Cały album raczej nie nadaje się na domówkę czy festyn, ale za to zapada w pamięć i daje się za każdym razem odkrywać na nowo.
materiały prasowe

Legendarna już dbałość Lucindy Williams o perfekcyjne dopieszczenie każdego utworu powoduje, że kolejne pozycje wydawane są w paroletnich odstępach czasu. Każdą premierę poprzedzały równie legendarne spory artystki z kolejnymi wytwórniami. Najnowszy, dwupłytowy album „Down Where the Spirit Meets the Bone” wydaje się uwieńczeniem długoletniej walki Williams o pełną niezależność, gdyż ukazał się w firmie Highway 20, której właścicielką jest ona sama. Nie zmieniła się za to muzyka. To w dalszym ciągu typowy dla tej artystki konglomerat stylistyczny, łączący m.in. elementy amerykańskiego folku, rocka, country. Lekko schrypnięty głos wokalistki brzmi chwilami hipnotyzująco na tle doskonałego zespołu, w którym gościnnie pojawiają się ze swoimi gitarami takie znakomitości, jak Bill Frisell czy Tony Joe White. Pośród 20 utworów tylko jeden nie jest autorstwa samej Williams, ale za to jaki! To piękna kompozycja J.J. Cale’a „Magnolia” w niezwykłej, blisko dziesięciominutowej wersji. Cały album raczej nie nadaje się na domówkę czy festyn, ale za to zapada w pamięć i daje się za każdym razem odkrywać na nowo.

 

Lucinda Williams, Down Where the Spirit Meets the Bone, Highway 20 Records

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną