Muzyka

45 lat później

Recenzja płyty: Santana, „Santana IV”

materiały prasowe
Nie ma tu kokietowania gościnnymi występami współcześnie lansowanych gwiazd. Jest muzyka przez duże M. Ponadpokoleniowa i niezależna od mody.

Zaliczany do klasycznych pozycji muzyki rockowej album „Santana III” ukazał się na rynku jesienią 1971 r. Pewną sensacją było pojawienie się w składzie zespołu młodego, 17-letniego gitarzysty Neila Schona, późniejszego filaru grupy Journey. 45 lat po „Santana III” ukazuje się „Santana IV”. Tytuł albumu to nie przypadek. Carlos Santana przygotował tę płytę w składzie niemal identycznym jak ten sprzed prawie pół wieku. Jest więc i Neil Schon, i klawiszowiec wokalista Gregg Rolie, perkusista Michael Shrieve i Mike Carabello na instrumentach perkusyjnych. Tego typu powroty do czasów świetności bywają ryzykowne, a czasem nawet żałosne. Na szczęście tu nie ma mowy o porażce. Mamy tu 16 premierowych utworów, zarówno instrumentalnych, jak i piosenek. Wszystkie wykonane brawurowo, ze świeżością i polotem nieustępującym temu, co ci, dziś już starsi panowie, wyczyniali w czasach festiwalu w Woodstock. Nie ma tu kokietowania gościnnymi występami współcześnie lansowanych gwiazd. Jest muzyka przez duże M. Ponadpokoleniowa i niezależna od mody.

Santana, Santana IV, Santana IV Records

Polityka 15.2016 (3054) z dnia 05.04.2016; Afisz. Premiery; s. 85
Oryginalny tytuł tekstu: "45 lat później"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Jak pozostać sobą po spektakularnym sukcesie bądź porażce

Jak sobie poradzić z porażką, ale też sukcesem.

Grzegorz Gustaw
08.08.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną