Recenzja płyty: Airbourne, „Breakin’ Outta Hell”

Ogień z Antypodów
Jak w tytule albumu – piekielny ogień od pierwszej do ostatniej nuty.
materiały prasowe

Australia nie od dzisiaj i nie od wczoraj zaopatruje światowy rynek muzyczny w wysokooktanowe paliwo rockowe. AC/DC, Wolfmother, Rose Tattoo, Catfish – te nazwy zna każdy miłośnik ostrego rocka. Do tej grupy należy również bez wątpienia kwartet o nazwie Airbourne. Założony przez wokalistę i gitarzystę Joela O’Keeffe wraz z grającym na perkusji bratem Ryanem zespół wydał właśnie płytę „Breakin’ Outta Hell”. Wszelkie recenzje i analizy zawartości albumu podsumowuje lapidarna informacja zamieszczona na okładce: „No ballads, no bullshit”. I tak właśnie jest. 11 pędzących na złamanie karku rockowych kawałków nadających się zarówno do łamiącej ograniczenia prędkości jazdy samochodem, jak i do szalonej imprezy, w obu przypadkach prędzej czy później skazanych na interwencję policji. Airbourne grzeją niemiłosiernie i, zgodnie z cytowaną deklaracją, nie zawracają sobie głowy ani gitary balladami. Jak w tytule albumu – piekielny ogień od pierwszej do ostatniej nuty.

Airbourne, Breakin’ Outta Hell, Spinefarm Records

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną