Recenzja płyty: Imelda May, „Life. Love. Flesh. Blood”

Inaczej – nie znaczy gorzej
Na płycie przeważają urzekające ballady.
materiały prasowe

Irlandzka gwiazda Imelda May jest artystką nieoczywistą. Ucieka od szufladkowania, a mając doskonale opanowany warsztat wokalny, może bez trudu wędrować po gatunkach muzycznych, zawsze z bardzo dobrym rezultatem. Miłośnicy talentu Imeldy May poznali ją już jako piosenkarkę łączącą jazz, rock’n’rolla, bluesa i rockabilly. Takich klimatów zapewne oczekiwali po zapowiadanej na początku tego roku nowej płycie „Life. Love. Flesh. Blood”. A tu niespodzianka. Artystka wykonuje zwrot w stronę wysokiej klasy popu. Trudno wyrokować, w jakim stopniu na tę decyzję wpłynęło nie tylko zawodowe, ale i osobiste rozstanie z gitarzystą Darrelem Highamem, ale trzeba powiedzieć, że pełniący tu rolę producenta T-Bone Burnett pokazał wokalne walory May w nowym, bardzo atrakcyjnym świetle. Na płycie przeważają urzekające ballady, być może oddające nastrój artystki po rozwodzie, ale słuchając np. „Black Tears” z piękną gitarą Jeffa Becka, można paradoksalnie uznać, że smutek pomógł Imeldzie May w tworzeniu rzeczy pięknych. „Life. Love. Flesh. Blood” nie jest jednak płytą przygnębiającą. Wystarczy posłuchać takich kompozycji, jak „Should’ve Been You” czy „Bad Habit”, by przypomnieć sobie, jak piosenkarka radzi sobie z utworami utrzymanymi w szybszym tempie.

Imelda May, Life. Love. Flesh. Blood, Verve

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną