Recenzja płyty: Beth Hart&Joe Bonamassa, „Black Coffee”

Idealny kompromis
Hart i Bonamassa znakomicie wzajemnie się rozumiejąc, wydają się również w pewnym sensie trzymać się w ryzach.
materiały prasowe

Artystyczny mariaż Beth Hart i Joego Bonamassy przynosi, jak dotąd, same dobre owoce. Gitarowa maestria i inwencja Bonamassy w połączeniu z niebywałą ekspresją kalifornijskiej wokalistki stanowią blues-rockową mieszankę wybuchową, której trudno nie podziwiać. Są jak para top modeli na wybiegu – cokolwiek nałożą, jakiegokolwiek stylistę prezentują, wyglądają rewelacyjnie. Na najnowszej płycie „Black Coffee” sięgnęli do szafy z różnymi piosenkami z różnych epok. Już tytułowy utwór był sporym wyzwaniem, gdyż sięgając po kompozycję Ike’a i Tiny Turnerów, musieli zmierzyć się nie tylko z wersją autorską, ale i z doskonałym wykonaniem zespołu Humble Pie. Poradzili sobie znakomicie. Tak też jest w przypadku utworów z repertuaru wielkiej bluesowej gwiazdy lat 50. LaVern Baker czy Lucindy Williams. Z równym powodzeniem wykonali wokalną wersję pięknej ballady jazzowej „Lullaby of the Leaves”. Hart i Bonamassa znakomicie wzajemnie się rozumiejąc, wydają się również w pewnym sensie trzymać się w ryzach. Ona pilnuje, żeby on nie był zbyt rockowy, a on, żeby ona nie uciekała bez reszty w bluesa. „Black Coffee” to idealny kompromis.

Beth Hart&Joe Bonamassa, Black Coffee, Provogue

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną