Recenzja płyty: Lykke Li, „So Sad So Sexy”

Smutek przebojów
Biorąc pod uwagę wokalistów z ambicjami do popowej ligi mistrzów, Lykke Li, urodzona w szwedzkim Ystad, powinna nam być najbliższa geograficznie.
materiały prasowe

Polska publiczność bardzo ją lubi, jej piosenki docenia też krytyka na całym świecie, ale ambicje dają znać o sobie i czwarty album mieszkającej już za oceanem Szwedki, zatytułowany „So Sad So Sexy” to zupełnie inna stylistyka. Zestaw przygotowany przez amerykański zespół producentów – z laureatem Grammy Jeffem Bhaskerem (prywatnie ojciec syna Lykke Li) – przynosi mocno podbite basem utwory współczesnego R&B, które każą patrzeć na Li jako konkurencję dla Rihanny. Bohaterka oddała sporo oryginalności za potencjalny sukces na amerykańskich listach bestsellerów. Jej piosenki dalej mają niemało uroku, dyskretnie nawiązują momentami do złotej ery popu, do czasów wczesnych nagrań Madonny („Two Nights”), dominantą niezbyt długiego albumu jest jednak ów smutek. Może upozowana melancholia, trochę sexy – jak w tytule – a może przy okazji (jak w „Better Alone”) znak czasów, mniej naiwnych, bardziej samotnych.

Lykke Li, So Sad So Sexy, RCA

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną