Muzyka

Po przejściach

Recenzja płyty: Cat Power, „Wanderer”

materiały prasowe
Gdyby piosenkarki obsadzano w filmach, Chan Marshall grałaby dziewczynę z przeszłością, kobietę po przejściach.

Nagrywając z coraz dłuższymi przerwami jako Cat Power, niejako za każdym razem musi się światu przedstawiać i emocjonalnie odsłaniać. A rodzaj bólu wynikającego z tych zmagań odciska się w jej ciepłym głosie (pasującym i do folku, i do gospel czy bluesa) jak znak wodny. Sam głos nie brzmi gorzej, choć publiczność dostaje z kolejnymi nagraniami informacje o tym, jak Marshall radzi sobie z depresją, alkoholem czy przechodzi poważną operację. „Doktor mi mówił, że nie jestem już swoją przeszłością, że w końcu jestem wolna” – śpiewa tu w „Woman”, jednej z jaśniejszych w nastroju piosenek, wykonanej w duecie z Laną Del Rey. A to i tak rodzaj kompromisu z wydawcą, którego podczas pracy nad materiałem Cat Power zmieniła, zarzucając poprzedniemu (niezależna wytwórnia Matador), że traktował ją jako produkt i chciał, by brzmiała jak Adele. Tu jest bliżej charakterystycznego dla siebie oszczędnego folku. Choć przez moment („Horizon”) przetwarza głos przez Auto-tune, a później odchodzi na chwilę od autorskiego repertuaru i wykonuje balladę „Stay” Rihanny – ale w bardziej pokiereszowanej, naturalnej i intymnej wersji z demonstracyjnie rozklekotanym fortepianem.

Cat Power, Wanderer, Domino

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czym są uczucia między robotami a ludźmi?

Jak autorka niemieckiego „Die Zeit” próbowała zaprzyjaźnić się ze „sztucznym inteligentem”, Botrisem.

Ana Mayr, [tł.] Adam Krzemiński
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną