Recenzja płyty: Mela Koteluk, „Migawka”

Melancholijnie, melodyjnie
Trzecia płyta Meli Koteluk idzie wytyczonym wcześniej traktem lokującym twórczość tej artystki gdzieś między bezpretensjonalnym popem a indie-rockiem.
materiały prasowe

Podobnie jak na poprzednich dwóch albumach walorem głównym jest głos Meli – mocny, a zarazem dziewczęco delikatny. Głos właśnie, obok gitar, smyczków czy harfy (vide: piosenki „Janie” i „Ja, fala”) buduje dźwiękową przestrzeń i kształtuje emocjonalny klimat utworów. Przeważa niełatwy do opisania nastrój melancholii. Niełatwy, bo z jednej strony wyrażający się w niby-transowej monotonii, z drugiej zaś w melodyce przeplatającej liryzm ballady ze wzniosłością hymnu, przypominającą trochę słynne przeboje Enyi. Rozpoznajemy w tym wszystkim niezawodną rękę producenta Marka Dziedzica, który bardzo dobrze sobie radzi z konstruowaniem nastroju i wykorzystywaniem w tym celu odpowiednio dobranej linii melodycznej. Generalnie – płyta z pewnością udana, choć być może stanowiąca już jakieś podsumowanie dotychczasowego etapu kariery Meli Koteluk, po którym przyjdzie (kto wie?) coś zupełnie nowego.

Mela Koteluk, Migawka, Warner

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną