Recenzja płyty: The Reverend Horton Heat, „Whole New Life”

Wyprawa do źródeł
Młodzież zapewne z lekkim politowaniem słucha opowieści swoich dziadków o tym, jak niegdyś, w latach 50. XX w. wywijali swoimi partnerkami w karkołomnych rockandrollowych figurach.
materiały prasowe

Młodzież zapewne z lekkim politowaniem słucha opowieści swoich dziadków o tym, jak niegdyś, w latach 50. XX w. wywijali swoimi partnerkami w karkołomnych rockandrollowych figurach. Muzyka, w rytm której odbywały się te tańce-łamańce, była prosta, melodyjna i rytmiczna, a piosenki rzadko trwały dłużej niż 3 minuty. Warto przypomnieć, że wciąż istnieją wykonawcy hołdujący muzycznej modzie tamtych lat. The Reverend Horton Heat z Teksasu to jeden z zespołów kultywujących muzyczną kombinację country, rockabilly i rock and rolla. Ich najnowsza propozycja to album „Whole New Life”. Otwierającego całość utworu tytułowego nie powstydziłby się sam Jerry Lee Lewis. Porywające boogie z charakterystyczną pogonią po klawiszach ma wszelkie znamiona niepodrabianego rock and rolla. Dalej też jest jak należy. Krótkie, wpadające w ucho piosenki, jest i westernowaty utwór instrumentalny, obowiązkowa ballada, a na zakończenie jeszcze ukłon złożony przez zespół królowi rock and rolla, Elvisowi, i własna wersja przeboju „Viva Las Vegas”. „Whole New Life” to wyprawa do źródeł rocka i muzyczna gratka nie tylko dla babci i dziadka.

The Reverend Horton Heat, Whole New Life, Victory

Ocena 4,5/6

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną