Recenzja spektaklu: „Czarna maska”, reż. Marek Weiss

Czarna śmierć
Tej znakomitej opery nie wystawiano od prawie 20 lat. Dziś nabiera aktualności, ukazując dekadencję świata niszczonego przez wojny i zarazy.
Benigma (Katarzyna Hołysz) i Silvanus Schuller (Sylwester Kostecki)
Krzysztof Mystkowski/materiały prasowe

Benigma (Katarzyna Hołysz) i Silvanus Schuller (Sylwester Kostecki)

Po wojnie trzydziestoletniej w Bolkenhain (Bolkowie) na Dolnym Śląsku w domu burmistrza spotyka się galeria barwnych typów, w tym katolicki ksiądz, luterański pastor, hugenot, jansenista i Żyd. Osią dramatu jest historia pani domu: w młodości związała się ze zbiegłym czarnoskórym niewolnikiem, urodziła mu córkę, a wyszedłszy za mąż za bogacza, pozwoliła, by jej kochanek go zabił, i uciekła z pieniędzmi. Teraz na widok tajemniczej postaci w czarnej masce jest przekonana, że to kochanek przybył się mścić. Jednocześnie znów wzbiera fala epidemii, a wszystko to z karnawałowym tańcem śmierci w tle.

Reżyser potraktował dzieło tradycyjnie, zmienił jednak zakończenie: u Pendereckiego wszyscy giną poza Żydem Perlem; u niego – są napadani przez bandę postaci w czarnych maskach z maczetami. Trudne zadanie przygotowania partytury wypełnił młody dyrygent Szymon Morus; obsada wokalna jest wyrównana i atrakcyjna, z Katarzyną Hołysz (Benigna), Robertem Gierlachem (Perl), Aleksandrem Kunachem (Hadank) i Piotrem Nowackim (Hrabia Ebbo) na czele.

Krzysztof Penderecki, Czarna maska, reż. Marek Weiss, Opera Bałtycka w Gdańsku

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną