Teatr

Otello na wyspie

Międzynarodowi soliści byli nierówni.

Tegoroczna superprodukcja plenerowa Opery Wrocławskiej „Otello” Verdiego została zainscenizowana na Wyspie Piaskowej, ale nie tak jak pięć lat temu „Gioconda” Ponchiellego – w stronę Ostrowa Tumskiego, lecz w bardziej zarośniętą stronę uniwersytetu. Nie było więc tym razem efektów na wodzie, mniej było fajerwerków (tylko na początku), mniej przestrzeni do wykorzystania. Reżyser i scenograf zarazem Michał Znaniecki zbudował statyczną trzypiętrową konstrukcję na kształt tortu, w której górnych piętrach mieściła się twierdza na Cyprze, a w dolnym, ukrytym, grała orkiestra pod batutą Ewy Michnik (dobre nagłośnienie). Wykorzystany został też mostek między Wyspą Piaskową a Wyspą Słodową, po którym wbiegali statyści.

„Otello” to rzecz trudna do plenerowego zainscenizowania: choć początek jest wręcz do efektów stworzony, to później spektakl przemienia się w dramat osobisty trzech postaci. Rzecz się udała: dobry był pomysł, by w finale, gdy akcja skupiona jest już tylko w sypialni Desdemony, przesłonić wspomnianą konstrukcję białymi płachtami, aluzjami zarówno do prześcieradeł, jak chorągwi pokoju, i z przodu ustawić wielkie łoże. Międzynarodowi soliści byli nierówni; w pierwszej obsadzie zachwycał przede wszystkim demoniczny Jago (Vittorio Vitelli), zarówno głosem, jak aktorstwem.

 

Reklama

Czytaj także

Kultura

Rafał Wojaczek pod gwiazdą rozpaczną

Swego czasu stał się idolem i do dziś rozbudza namiętności wśród czytelników. Spośród wielu młodo zmarłych literackich straceńców i nadwrażliwców może jeszcze Halina Poświatowska wywołuje czytelnicze emocje. Blednie za to mit Edwarda Stachury, mało kto wraca do wierszy Andrzeja Bursy czy prozy Marka Hłaski. Dlaczego jedne literackie legendy trwają, inne zdają się rozwiewać?

Mirosław Pęczak
08.12.2001
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną