Recenzja wystawy: "Cezary Bodzianowski, To miejsce nazywa się Jama"

Czarujący Czarek
U artysty sztuka tak ściśle splata się z życiem, że niekiedy trudno powiedzieć, kiedy coś kreuje, a kiedy po prostu jest sobą.
Cezary Bodzianowski, TAO, Mediolan 2007 r.
Monika Chojnicka/materiały prasowe

Cezary Bodzianowski, TAO, Mediolan 2007 r.

Oczywiście największej frajdy dostarcza bezpośrednia obserwacja jego akcji i interwencji (on nazywa je „zdarzeniami”), ale nie zawsze jest to możliwe. Pozostaje więc dokumentacja: zdjęcia i zapisy wideo, które na szczęście od początku działalności są przez twórcę skwapliwie zbierane. I to właśnie nimi musimy się głównie zadowolić na łódzkiej retrospektywie Bodzianowskiego, pierwszej tak obszernej, zorganizowanej w Polsce. Ale męki nie ma, bo jego sztuka czy na żywo, czy z monitora zawsze wciąga i urzeka. A to dzięki fantastycznej mieszance dadaistycznej zgrywy, absurdu, ale też liryki i wrażliwości. Choć przez chwilę warto popatrzeć oczami Bodzianowskiego na świat, a już nigdy nie wyda nam się on dokładnie taki sam jak wcześniej.

 

Cezary Bodzianowski, To miejsce nazywa się Jama, Muzeum Sztuki, Łódź, wystawa czynna do 5 sierpnia

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną