Ludzie i style

Łowcy niżów

Koszmary samotnych żeglarzy

W centrum wydarzeń - Brad Van Liew, USA. W centrum wydarzeń - Brad Van Liew, USA. Richard Walch
Pięciu samotników płynie dookoła świata. Po przygodę, po sławę, po szampana na mecie. Płyną też przekonać się o względności pojęć takich jak strach, zmęczenie i samotność.
Uczestnicy regat Velux 5 Oceans jeszcze przed startem,  od lewej: Christophe Bullens, Derek Hatfield, Zbigniew  Gutkowski, Brad van Liew, Chris Stanmore-Major.Richard Walch Uczestnicy regat Velux 5 Oceans jeszcze przed startem, od lewej: Christophe Bullens, Derek Hatfield, Zbigniew Gutkowski, Brad van Liew, Chris Stanmore-Major.
Chris Stanmore-Major z Wielkiej Brytanii.Richard Walch Chris Stanmore-Major z Wielkiej Brytanii.
Kapitan Derek Hatfield.Richard Walch Kapitan Derek Hatfield.

W rolach głównych (od najmłodszego):

Chris Stanmore-Major, Anglik, 32 lata. Żeglowania nauczył go ojciec, podobnie jak mechaniki.

Zbigniew Gutkowski, zwany Gutkiem, Polak, 37 lat. Ponad pół życia pod żaglami, profesor wśród regatowców. Jest niedzielnym ojcem, więc kiedyś pozwolił córce Zuzi na przygarnięcie kota. Teraz ma ich w domu sześć, poza tym psa, żółwia i fretkę.

Brad van Liew, Amerykanin, 42 lata. Kształcił się na dewelopera, ale nie korzysta z tej wiedzy. Ma opinię agresywnego skipera. Hasło na łódce: „Full noise or no noise” (w wolnym tłumaczeniu: na całego albo wcale).

Christophe Bullens, Belg, 48 lat. Gdy jeszcze nie znał życia, przez 8 lat był dowódcą czołgu. Teraz mógłby nie schodzić z łódki. Prowadzi kampanię na rzecz pomocy dzieciom z HIV.

Derek Hatfield, Kanadyjczyk, 57 lat. Swego czasu w policji konnej, potem ścigał przestępców gospodarczych i oszustów giełdowych. W regatach samotników nie ma szczęścia.

Wyścig Velux 5 Oceans, regaty samotników dookoła globu, z czterema przystankami po drodze – w południowoafrykańskim Kapsztadzie, nowozelandzkim Wellington, Salwadorze (dawnej stolicy Brazylii) i Charleston w Południowej Karolinie, wziął się z szukania wyzwań. Odkąd w 1969 r. Anglik Robin Knox Johnston po raz pierwszy samotnie opłynął Ziemię, zaczęła się licytacja na rekordy. W żeglarskiej skali trudniejsze są tylko regaty Vendee Globe – samotnie wokół globu, bez zawijania do portu. Z materiałów promocyjnych Velux 5 Oceans: na szczycie Everestu było ponad 2700 ludzi, w przestrzeni kosmicznej ponad 500, solo Ziemię opłynęło tylko 180.

Koszmar Brada: awaria autopilota, wieje ponad 30 węzłów, jacht robi zwrot przez rufę. Brad leci przez pokład, wiatr kładzie łódkę na wodzie. Szuka tratwy ratunkowej, pierwsza myśl: awaria kila, czyli koniec, ale strach ma wielkie oczy, jacht udaje się postawić. Burza, ciepła równikowa ulewa, można na moment ograniczyć żeglowanie i wreszcie zmyć z siebie tę cholerną sól oceanu. Przekracza równik, dzieli się z Neptunem 12-letnią irlandzką whisky, na poczet dalszej pomyślności.

Brad wpadł na łódź na chwilę, w przerwie między kompletowaniem ekwipunku, zaszczycaniem sponsorów a aktualizacjami z bycia mężem oraz ojcem. Siedzi przy wejściu do kokpitu i pakuje w nieprzemakalne torebki niezbędniki: baterie, zapalniczki, termometr, latarkę. – Świadomość, co cię czeka, jest dobra i zła – przez Brada przemawia ambiwalentne doświadczenie, bo już raz, osiem lat temu, wygrał te regaty w klasie Open 50 (jachtów o długości 50 stóp, teraz będą ścigać się na jachtach 60-stopowych). – Dobra, bo przekonałeś się, że dasz radę żyć jak zwierzę, funkcjonować na granicy zmęczenia przyprawiającego o halucynacje, a mimo to myśleć, analizować, zmuszać się do wysiłku. Zła, bo może ci się wydawać, że masz patent na optymalne decyzje. A wtedy ocean ci pokaże, że nic dwa razy się nie zdarza.

Wygląda, jakby dopiero wrócił z regat, a nie wyruszał: ziewa, ma podkrążone oczy, leniwe ruchy. Podejmował beznadziejne próby wyspania się na zapas, zresztą ostatnie dni przed startem to mętlik, głowa puchnie od tysiąca myśli sprowadzonych do wspólnego mianownika: co tu jeszcze zrobić, by na wodzie nie mieć do siebie pretensji.

Każdy z nas powie ci to samo: najgorsze jest permanentne niewyspanie. Ze wspomagaczy masz kawę i adrenalinę w dużych ilościach – opowiada Brad. Dobra rada brzmi: nie zasypiaj na dłużej niż pół godziny. Chris Stanmore-Major, najmłodszy uczestnik regat, wspomina, że kiedyś przeczytał u Suworowa, jak kagiebistów szkolono w natychmiastowym przechodzeniu do głębokiej fazy snu: zamykali oczy, przewracali do tyłu gałki oczne i gotowe. – No, to ja mam tak bez przewracania gałek. Po prostu padam ze zmęczenia – mówi Chris. Te pół godziny od wielkiego święta da się zamienić w dwie–trzy, na własne ryzyko, gdy łódka płynie szybkim, stabilnym kursem, a ty masz zaufanie, że przepowiadacze pogody trafili w punkt. Ale przeważnie klecisz sen z drzemek. Albo nie da się zmrużyć oka. Bo flauta i szukasz podmuchów wiatru, by rozpędzić łódkę. Bo sztorm i walczysz o przetrwanie. Bo jesteś na szlaku i 350-metrowy kontenerowiec nie musi cię zauważyć. Bo towarzyszy ci wieloryb i nie jesteś pewien, czy nie żywi względem ciebie i łódki złych zamiarów. Zresztą, nawet jak żywi, i tak nic na to nie poradzisz, ale usnąć ciężko.

Koszmar Gutka: Psuje się fał, naprawa wymaga wejścia na maszt. Gdy Gutek jest na górze, zrywa się szkwał, łódka wyrywa przed siebie, ale w 45-stopniowym przechyle, Gutek kilkanaście metrów nad pokładem fruwa na maszcie. Wokół płetwy sterowej owijają się wodorosty. Odrywa je, ale podnosząc się zawadza głową o śmigło generatora wiatrowego. Ciepło krwi płynącej po twarzy. Goli głowę, szyje rany przed lusterkiem. Pogoda stabilna, raporty meteo wykluczają niespodzianki, nudzi się, jedyna pozycja w bibliotece jachtu to instrukcja obsługi. Po francusku. Gutek znajduje suchą kiełbasę tam, gdzie nie powinno jej być. Pełnia szczęścia.

Jacht Gutka jest najstarszy, rocznik 1991. Zapłacił za niego 200 tys. euro, drugie tyle poszło na lifting. Na ostatnią chwilę zamówił nowe żagle, urwał z tonażu łódki 250 kg – wszystko dla lepszego tempa. To regaty, trzeba się ścigać, przetestować jakość sprzętu, który się gnie, trzeszczy, odmawia posłuszeństwa. O złośliwości przedmiotów martwych Gutek swoje wie. W kwalifikacjach miał awarię silnika. Chodził, chodził i ni stąd, ni zowąd zakaszlał i zamilkł. Gutek nie miał jeszcze wtedy na jachcie paneli słonecznych ani generatora wiatrowego, więc w jednej chwili padła mu cała elektronika i sterowanie. Koło sterowe i sekstans to byłby powrót do epoki kamienia, więc Gutek wyssał z przewodów paliwowych całą ropę, podłączył na nowo i silnik zaskoczył, ale na moment. Udało się za drugim razem, gdy wyciągnął paliwo raz jeszcze i wymienił przewody na rurki z odsalarki. Gdy motor zawarczał i urządzenia ożyły, Gutek wygrał los.

O łódź trzeba dbać bardziej niż o siebie. Zaprogramować sobie codzienny obchód, rutynę sprawdzania urządzeń pokładowych, dla spokojnej głowy. – Na pamięć znam powtarzalne dźwięki łódki. Nieoczekiwane odgłosy to mróz na plecach – mówi Gutek. Względny komfort daje żeglarzom przekonanie, że ich jachty są praktycznie niezatapialne. Takiego scenariusza nie rozpatruje się w kategoriach rachunku prawdopodobieństwa, a sprzysiężenia złych mocy.

To ogromny komfort. Za moich czasów wytrzymałość łódki była największym znakiem zapytania – powiada sir Robin Knox Johnston. Gdy ponad 40 lat temu wyruszał w pionierski samotny rejs dookoła świata, proszono go, by pozował do zdjęć na tle góry konserw, które brał na łódź. Ludzie byli ciekawi, czy nie oduczy się mówić, czy nie zwariuje z samotności i ze strachu, byli ciekawi, czy przeżyje. 40 lat w żeglarstwie to cała epoka – wtedy drewniana łódź, konopne liny, bawełniane żagle, które w razie czego można było zszyć, sekstans, nawigacja z gwiazd, izolacja od świata. Teraz – jacht z kosmicznych materiałów, gniotsa-niełamiotsa, z autopilotem, naszpikowany elektroniką, wysyłający sygnał o swoim położeniu oraz, w razie czego, o kłopotach, z których już nie będzie ratunku.

Ale jedno się nie zmieniło. Chodzi o istotę człowieczeństwa. O pokonanie strachu, bólu, głodu, zmęczenia, zimna – Knox Johnston uderza w patos. Wie, co mówi, bo w poprzedniej edycji wystartował mając 67 lat. Ukończył wyścig na czwartym miejscu, gdy zawijał do portu w Portsmouth, eskortowały go statki królewskiej floty, na jego cześć biły działa, a Elżbieta II utwierdziła się w przekonaniu, że obdarzyła tytułem szlacheckim właściwego człowieka.

Więc gdy sir Robin przechadza się po marinie w La Rochelle, potrafi zaspokoić podstawową ciekawość szczurów lądowych: jak tego dokonać? Cichym głosem odpowiada, że to kwestia doświadczenia, umiejętności i szczęścia. Zbacza na temat natury człowieka, genów walki, o tym mógłby długo. Ci, którzy czytali Hemingwaya, kiwają wtedy głowami. Wydaje im się, że rozumieją.

 

 

Koszmar Dereka: Na równe nogi zrywa go ryk syreny statku płynącego obok. Normalnie powinien włączyć się alarm, ale tym razem milczał. Na równiku nie trafia w bramkę pogodową, strefa ciszy przesuwa się razem z łódką na południe. Żółwie tempo, frustracja, pretensje do siebie i losu. Ściubi sen, czeka na wiatr w żagle. Gdy dzwoni do żony, mówi od rzeczy. Marzy mu się zimne mleko.

Derek ma świadomość powagi wyzwania, bo odebrał od oceanu niejedną lekcję pokory. Osiem lat temu dostał się w sztorm nieopodal przylądka Horn, jacht fiknął wokół własnej osi, wynurzył się z wody ze złamanym masztem. Maszt obijał się o burty, byłby przedziurawił kadłub, ale Derek poodcinał liny nożem, który przed startem dostał od przyjaciela z przykazaniem: miej go zawsze przy sobie, przyda się. Czego nie odciął, pozbył się, wybiwszy bolce młotkiem. W jeden z nich, od wanty, tłukł dobre pół godziny. Przed dwoma laty Derek wystartował w Vendee Globe, ale w sztormie znów stracił maszt. Płakał z bezsilności.

Nie miałem do siebie pretensji. Niczego nie mogłem zrobić lepiej ani inaczej. Ot, pech – opowiada. Lista zdarzeń, które można zwalić na niefart, to oprócz pogody i wad materiałów, z których wykonano jacht: zderzenie z wielorybem czy kontenerem (statki gubią ich rocznie 50 tys., nim się rozszczelnią i pójdą na dno, trzeba czasu). Albo wystarczy, że rozpędzona łódź trafi płetwą sterową w zwykły bal drewna i trzeba zwijać żagle.

Czasu na myślenie o wielorybach nie ma wiele, bo głównie myśli się o pogodzie. Gutek pokazuje raporty meteo – plik kartek A4 z mapami pogodowymi. – Korzystamy z tych samych źródeł, aktualizowanych co parę godzin. Wszystko jest niby czarno na białym – kierunek i siła wiatru, sytuacja baryczna, ale są na oceanie miejsca, gdzie wszystkie prognozy biorą w łeb. Wtedy zostaje tylko intuicja – opowiada Gutek, uważany w tym towarzystwie za najlepszego regatowca.

Generalna zasada: zabierać się z niżem. Niż to wiatr, łykanie mil, spieniony ślad za łódką. Wyż to bezruch, strata czasu, frustracja. Niż to również ostra jazda, prawdziwe żeglowanie. – W takim świeżym układzie niżowym może wiać ponad 100 węzłów, czyli 200 na godzinę. Jechałeś kiedyś autem 200 na godzinę i wyjrzałeś za okno? – pyta Gutek.

Na hasło niż Chris zaciera ręce. Dla niego życie na łódce zaczyna się od wiatru plus 30 węzłów. Nie może się doczekać Oceanu Południowego, kiedy zejdą poniżej 50 równoleżnika, w rejon wyjących pięćdziesiątek. Na Horn, owiany złą sławą, patrzy bez strachu. – Młodość ma swoje prawa – komentuje z przekąsem Derek.

Koszmar Chrisa: Okolice równika, pogodowy miszmasz, raporty meteo można wyrzucić do kosza. Wieje umiarkowanie, Chris stawia grota, ale już ciągną nad łódkę chmury barwy ołowiu, trzeba zrzucać żagle, więc jeszcze raz – 114 obrotów kabestanem i ćwierćtonowy grot spada. Chmura przechodzi bokiem, jednak można było zaryzykować, zostawić żagle. Przejaśnia się, więc Chris znów stawia grota, kabestan wiruje, bom lata nad głową. Na kursie spieniony ocean, wiatromierz przyspiesza, lepiej płynąć tylko na foku. 114 obrotów. Niekończące się manewry, wybory zerojedynkowe. Stawia, zrzuca, stawia, zrzuca, stawia... Świt.

Chris krząta się po łódce dla fasonu, ostatnie prace to już raczej tylko polerka. Nie to, co po sąsiedzku u Christophe’a, który płynąc do La Rochelle stracił maszt, żagle i za pięć dwunasta załatwiał nową łódź. Pracy na niej tyle, że nie wiadomo, w co ręce włożyć. Chris się nie dziwi: – Nie znam skipera, który nie chciałby popłynąć samotnie dookoła świata. To przygoda życia. Z pomostu jakaś notoryczna elegantka chce mu wyrazić słowa uznania, ale też nurtuje ją kwestia samotności, jak sobie z nią radzi? Chris zakręca odpowiedź: prawdziwą samotność odkrył niedawno, gdy miał pod sobą 18 ludzi, amatorów po kursie, i musiał na pełnym morzu podjąć decyzję z gatunku fundamentalnych. Wahał się. Oczekiwał wsparcia, a otrzymał nierozumiejące spojrzenia podszyte strachem. Tutaj na każde pytanie dostanie prostą odpowiedź, poza tym 18 osób mniej równa się 18 razy kłopotów mniej. Więc samotność, powiada Chris, to rzecz względna.

Kobiety, mówi Chris, często rzucają powabne spojrzenia i chcą słuchać o tęsknocie, samotności, metafizyce, z niekłamanym przejęciem w głosie pytają: Czy rozmawia pan z łódką? Dostają z reguły twarde, rzeczowe odpowiedzi i wtedy są niepocieszone. Faceci z kolei na siłę ukrywają podziw, ale zdradzają ich już pierwsze słowa, bo oczekują opowieści o przygodach, co się dzieje, gdy na przykład na Hornie fale mają po 20 m? – Mówię wtedy: Nic, zwija się prawie wszystkie żagle, żeby łódka nie odfrunęła i płynie się dalej – opowiada Chris. Nic nie poradzi, że w przekazie, jaki idzie w świat z ich wyczynów, dużo jest o igraniu z losem. – Statystycznie rzecz biorąc, w takich regatach 15 proc. czasu to flauta, 15 jazda bez trzymanki w huraganach, a 70 – fajne żeglowanie – podkreśla. Gdy dostał propozycję startu, nie zastanawiał się dwa razy, a właśnie wrócił z 10-miesięcznego rejsu i w domu czekała na niego kobieta życia. – Rozstaliśmy się burzliwie, nie wiem, czy poczeka na mnie do maja. A nie jest miło nie mieć do kogo wrócić – mówi. Takie postscriptum w temacie samotność.

Koszmar Christophe’a: Zamiast żeglować, biega od pożaru do pożaru. Wycieka paliwo, na łódce śmierdzi ropą, Chris ma chorobę morską, łódka nabiera wody, są kłopoty ze zlokalizowaniem przecieku, dobrze, że ma chociaż pompy, pozbywa się wody. Wiatr i fale dwa razy kładą jacht na oceanie. Zostawił w porcie uprząż do wspinaczki na maszt, a wejść trzeba, bo fał się urwał. Ale i tak traci główny żagiel, czeka go przymusowy postój w porcie, naprawa. Za naprawę będą punkty karne.

Koszmary skiperów spełniły się na trasie pierwszego etapu – La Rochelle–Kapsztad. 12 grudnia wyruszają w drugi morderczy etap po wodach Oceanu Południowego okalającego Antarktydę, do Wellington w Nowej Zelandii. Przygody, o których żeglarzom się jeszcze nie śniło, gwarantowane.

Polityka 50.2010 (2786) z dnia 11.12.2010; Na własne oczy; s. 100
Oryginalny tytuł tekstu: "Łowcy niżów"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Uroda przynosi w życiu profity. Ale nie jest źródłem szczęścia

Już trzymiesięczne niemowlęta przyglądają się ładnym twarzom istotnie dłużej niż nieładnym. I niezależnie od wieku, płci i rasy pochylającej się nad nimi osoby.

Grzegorz Gustaw
26.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną