Jak naprawdę mieszka się na przedmieściu

Zielona pułapka
Rozmowa z Katarzyną Kajdanek, autorką książki „Suburbanizacja po polsku”, o problemach Polaków skazanych na przedmieścia.
Bielany - północne rubieże Warszawy.
Filip Springer/Visavis.pl

Bielany - północne rubieże Warszawy.

Dr Katarzyna Kajdanek. Autorka pierwszych w polskiej socjologii badań nad suburbanizacją.
Filip Springer/Polityka

Dr Katarzyna Kajdanek. Autorka pierwszych w polskiej socjologii badań nad suburbanizacją.

„Suburbanizacja po polsku”, Katarzyna Kajdanek, wyd. Nomos, 2012.
Momos/materiały prasowe

„Suburbanizacja po polsku”, Katarzyna Kajdanek, wyd. Nomos, 2012.

Filip Springer: – Ucieknie pani na przedmieście?
Katarzyna Kajdanek: – Nie, nie marzę o tym.

Domek z ogródkiem, garaż, hasający labradorek. To marzenie sporej części Polaków. Odstaje pani.
Wiem, co by mnie tam czekało. Badałam to. Jeszcze na początku, gdy nie miałam samochodu, a wymyśliłam sobie badanie przedmieść Wrocławia, musiałam tam jeździć komunikacją publiczną. I to była gehenna, bo na wiele z tych osiedli nic nie jeździ, trzeba się przesiadać, iść poboczem albo łapać okazję. Bez samochodu jesteś tam nikim. A ja wolę rower, jeżdżę nawet w zimie. I lubię być w mieście.

Pani pierwsza książka nosiła tytuł „Pomiędzy miastem a wsią”. Pisała tam pani, że życie na przedmieściu to balansowanie między „chcieć” a „móc”.
Tak, bo przedmieścia polskich miast gwarantują dziś realizację tylko jednej potrzeby – mieszkaniowej. A zarówno miasto, jak i wieś oferują trochę więcej. W mieście masz lepszy dostęp do dóbr nauki i kultury, w każdej chwili możesz wyskoczyć na piwo albo kawę, jest tam inne tempo życia, które wielu osobom odpowiada. Na tak zwanej prawdziwej wsi wszystko toczy się wolniej, jest cisza, spokój, sarenki na polu i mleko prosto od krowy. Żyjąc na przedmieściu, pozbawiasz się tych wszystkich walorów miasta, a zalety wsi otrzymujesz w postaci szczątkowej i zdegradowanej. Chciałbyś wyskoczyć na to piwo z przyjaciółmi, ale już nie bardzo możesz.

Ale deweloperzy kuszą osiedlami o idyllicznych nazwach, w których ma być właśnie cicho i spokojnie. I dojazd do centrum w 20 minut.
System planowania przestrzennego w Polsce jest właściwie rozmontowany, przez co te osiedla można stawiać w szczerym polu, bez żadnej nowej infrastruktury wokół. Ta sytuacja oczywiście jest zróżnicowana w poszczególnych gminach, ale zwykle brakuje szkół, przedszkoli, sklepów. O kawiarniach czy placach zabaw nie wspomnę. Niekiedy zwykła ławka jest tam luksusem. A do centrum może i jedzie się 20 minut, ale w niedzielne przedpołudnie. W godzinach szczytu ten dojazd wydłuża się do godziny.

Łatwo było tam namówić ludzi na rozmowę?
Na początku całowałam klamki. W najlepszym wypadku otwierały mi opiekunki do dzieci i mówiły, że nic nie wiedzą. Bo przecież wszyscy byli w pracy. Wracali około siódmej wieczorem, zaczynali się krzątać. Wizyta socjologa to nie było coś, o czym marzyli. Nawet im się nie dziwiłam. Miałam do pomocy kilkunastu studentów i wszyscy mieli podobne doświadczenia. Postanowiliśmy więc zmienić taktykę, zaczęliśmy chodzić w weekendy. Ale wtedy mieszkańcy byli jeszcze mniej chętni, bo zajmowaliśmy im czas, a oni kosili trawę albo odpoczywali. To zdumiewające, ale na przedmieściach dużych miast idea „mój dom to moja twierdza” jest o wiele silniejsza niż na tej niby konserwatywnej prowincji. Czasami słyszałam ostre: „Proszę odejść od płotu”. Te badania prowadziło się szalenie ciężko.

Ale w końcu z kimś udało się porozmawiać?
Tak, pomagający mi studenci mają dar przekonywania, a ja docierałam do rozmówców przez znajomych i ich znajomych. Przełamywałam pierwsze lody i kierowali mnie do swoich sąsiadów. Inaczej byłoby to niemożliwe.

Pierwsze spotkania były zaskoczeniem. Wydawało mi się, że wyprowadzka na przedmieście była synonimem luksusu i prestiżu. W większości przypadków oznaczała budowę własnego domu. Ale ci, których ja spotkałam, to byli ludzie zarabiający może nieco ponadprzeciętnie, z pewnością niezaliczający się nawet do wyższej klasy średniej, a nie sami lekarze, prawnicy i dyrektorzy. Trafili na przedmieścia trochę z konieczności, w rozmowie ze mną próbowali sobie ten fakt racjonalizować.

Z konieczności? A co z tymi marzeniami o prestiżu?
Ten prestiż już dawno gdzieś uleciał. Na przedmieściach buduje się, bo to ciągle tańsze rozwiązanie. Często słyszałam, że właściwie nie mieli wyboru, że przy ich zarobkach w mieście mogliby kupić co najwyżej większą kawalerkę albo dwa pokoje. A to mało jak dla rodziny z choćby jednym dzieckiem, marzącej o własnym skrawku zieleni. Więc wybierali przedmieście. Im dalej od centrum, tym taniej, więc mogli sobie pozwolić na więcej. W folderze dewelopera czytali, że decydują się na mieszkanie w cichej okolicy z lasem za oknem.

Wśród znajomych myślących o wyprowadzce na przedmieścia robiłam takie prowokacje, pytałam, dlaczego nie kupią czegoś w centrum. Wskakiwali na mnie, byli wręcz źli. Mówili, że nie mają wyboru. Potem czytali moją książkę i mówili, że ich wystraszyłam. A to przecież nie jest tak, że ja tam odkryłam jakąś wiedzę tajemną. Wystarczy pojechać, popatrzeć i zrobić sobie na kartce listę plusów i minusów.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną