Jacek Cygan o karierze i show-biznesie

Nadaję piosence imię
Rozmowa z Jackiem Cyganem, autorem tekstów piosenek, o tym, czy czas nauczył go pogody.
Jacek Cygan przez lata napisał ponad tysiąc tekstów dla różnych wykonawców.
Krzysztof Kuczyk/Forum

Jacek Cygan przez lata napisał ponad tysiąc tekstów dla różnych wykonawców.

Jacek Cygan – z okładkami płyt z piosenkami swojego autorstwa.
Darek Majewski/Forum

Jacek Cygan – z okładkami płyt z piosenkami swojego autorstwa.

Piotr Sarzyński: – Wiesz, od jakiego pytania powinienem zacząć?
Jacek Cygan: – „Czego może chcieć od życia taki gość jak ja?”.

A na poważnie?
„Czy najpierw jest tekst, czy najpierw jest muzyka?” – o to ludzie pytają najczęściej.

Masz już gotową odpowiedź?
95 proc. swoich tekstów napisałem do gotowej muzyki. To znaczy, że kompozytor nagrał mi utwór i dośpiewał linię melodyczną, jak my to mówimy, po norwesku.

A czy z punktu widzenia autora tekstów istnieją kompozytorzy łatwi i trudni?
Nie. Ale można powiedzieć, że kompozycja, którą dostaję, jest łatwa lub trudna. Łatwa jest wówczas, gdy ma określony potencjał: dramatyczny, komediowy, przebojowy, liryczny. A jeżeli utwór jest nijaki, wówczas się strasznie męczę. I nie ma to związku z kompozytorem.

Zwykle uważa się, że najważniejsza jest muzyka, melodia, a śpiewać można pod nią cokolwiek. Słowem tekst to dodatek.
Leżą u mnie na biurku nuty, które nadesłał mi pewien kompozytor. Zatytułował je „NN”. To mi uświadomiło, że jako autor tekstu nadaję piosence imię. A jak imię, to i osobowość. Wielu kompozytorów, gdy pierwszy raz usłyszeli swój utwór już z moimi słowami, mówiło: „Kurczę, nie podejrzewałem, że to tak zmieni, wywróci muzykę na drugą stronę”. Oczywiście, wypada mi powiedzieć, że zasługi są po połowie, ale w wielu wypadkach tekst ma dużo większe znaczenie. I wcale nie zależy to od konwencji piosenki. Często w utworze przebojowym, czyli „łatwym, lekkim i przyjemnym”, zły tekst może go pogrążyć. A tekst dobry, finezyjny, lekko płynący nadaje utworowi blask.

Weźmy dwa przykłady: „Jaka róża taki cierń” oraz „Baw mnie”. Który trudniej napisać? To może wydawać się dziwne, ale ten drugi. Dlatego, że w gatunku piosenki popularnej było już wszystko, powstały miliony tekstów. I znaleźć tam coś nowego, jakieś oryginalne odniesienie, nowe brzmienie czy zabawę słowną jest szalenie trudno.

Czy stosujesz jakieś reguły typu: w piosenkach dziecięcych łatwe słowa, a w literackich dużo metafor?
Nie. Dużo ważniejsze od gatunku jest to, dla kogo piszesz piosenkę, kto będzie ją śpiewał. Jaką postać stworzysz na scenie, nadając imię muzyce. Czy taką, która ma zostawić na scenie dreszcz wzruszenia, czy proste pocieszenie i radość. Dam przykład. Kiedy Ryszard Rynkowski odszedł z zespołu Vox, poprosił mnie o współpracę nad nową solową płytą. I ja dużo więcej myślałem nie o słowach do muzyki, ale o tym, kim on ma być na scenie. Czym zastąpić biały garnitur i rytmiczny taniec do „Bananowego songu”. To było wyzwanie z zakresu psychologii. I stąd właśnie zrodziło się pytanie „Czego może chcieć od życia taki gość jak ja” i ten wizerunek faceta z dwudniowym zarostem, gorzkiego, ale lirycznego i prawdziwego. Tak samo jest w piosenkach dla dzieci. Musiałem dokładnie wiedzieć, kim ma być na scenie Magda Fronczewska śpiewająca „Laleczkę z saskiej porcelany”. A kiedy pisałem „Jaka róża taki cierń”, najważniejsze było dla mnie, jaką postać stworzy Edyta Geppert mówiąca moimi słowami. I nie oddam tekstu, dopóki nie mam pewności, kim będzie człowiek śpiewający go na scenie.

Do show-biznesu trafiłeś z piosenki studenckiej?
By nie powiedzieć wręcz – turystycznej. Zaczynałem na giełdzie piosenki w Szklarskiej Porębie, gdzie śpiewało się całe noce, a gwiazdy wpadały nam w gitary. To mój rodowód i z ludźmi z tego środowiska czuję największą więź. Do dzisiaj Wolna Grupa Bukowina z niezapomnianym Wojtkiem Bellonem, Ela Adamiak, Andrzej Poniedzielski, Jurek Filar, Wacek Juszczyszyn i wielu innych tworzą tę moją rodzinę z „krainy łagodności”. W show-biznesie znalazłem się trochę jak kosmita z innej planety. Czasami udzielał mi lekcji Andrzej Mogielnicki, mówiąc: „Jak się złapało rybę za ogon, to trzeba płynąć”. Ponieważ on, mimo że tylko dwa lata starszy, miał znacznie większe doświadczenie, a za sobą już duże sukcesy z grupą 2+1, legendarne „Małe tęsknoty” dla Krysi Prońko i wiele innych przebojów. A ja nie miałem żadnych przebojów. Słyszałem: „Słuchaj, skończ z tymi od piosenki studenckiej, bo umrzesz z głodu”. No, ale ja nie myślałem wypierać się własnych korzeni.

Ale potem przyszły twoje ważne piosenki.
Nie tak od razu. Pamiętam, w 1980 r. na festiwalu w Opolu „Czas nas uczy pogody” kompletnie przepadł w konkursie premier, nie zdobywając nawet siódmego wyróżnienia. Siedziałem z Grażyną Łobaszewską przy stoliczku, czwarta rano, wylewamy gorzkie żale. I wówczas Jonasz Kofta wziął mnie do baru, postawił dwie pięćdziesiątki i powiedział: „Nie martw się. Ta piosenka zostanie”. Był pierwszym z tego pokolenia uznanych tekściarzy, który mnie tak docenił i trochę namaścił. A później zawsze wspierał.

Przechodzenie z tzw. nisz kabaretowych czy turystycznych do muzycznego mainstreamu było wówczas dość częstą praktyką.
Bo w niszach istniał naturalny i bardzo silny system wartości. Nie było wątpliwości, kto jest dobry. Kiedy zaczynałem, nie mogłem przecież stanąć na środku placu Defilad w Warszawie i krzyczeć: „Jestem genialnym tekściarzem, będę dla was pisał!”. To artyści i kompozytorzy mnie wyszukali, zaczęli u mnie zamawiać, bo gdzieś tam usłyszeli moje piosenki. Mało tego, te ówczesne gwiazdy często liczyły na to, że współpraca ze mną coś zmieni w ich artystycznym emploi. Zyskiwały obie strony.

Dziś młode gwiazdy nie dzwonią.
Bo dzisiaj artyści zazwyczaj sami sobie piszą nie tylko muzykę, ale i teksty. Kiedyś tak nie było. Jak byli Skaldowie, to wiadomo było, że pisze im Osiecka i Młynarski. Seweryn Krajewski czy Maryla Rodowicz nie pisali sobie tekstów. Nie potrafili? Potrafili. Ale była powszechna samoświadomość, że są specjaliści, którzy to zrobią lepiej, a jakość była w cenie. Dlaczego to się zmieniło? Z różnych powodów. Może dziś młode gwiazdy chcą w ten sposób więcej zarobić? I mieć poczucie, że wszystko mają pod kontrolą. Bywa, że takie rozwiązania wymuszają wytwórnie płytowe, bo dzięki temu jako wydawcy wchodzą młodym i niedoświadczonym twórcom na tantiemy. Miałem już telefony od przerażonych młodych wokalistek z prośbą o konsultacje, bo firma fonograficzna kazała im się bawić w tekściarza. Co z tego wychodzi? Często dramat.

Zawodowemu tekściarzowi też coraz trudniej.
Dziś początkująca artystka rzadko sama kieruje swoją karierą. Wie, że musi mieć menedżera z układami i znajomościami, ale też o wszystkim decydującego. Także o tym, co i jak ma śpiewać. A przebić się jest coraz trudniej. Gdy kiedyś Maryla Rodowicz wydawała płytę, to utwory z niej „hulały” po radiu. Dziś, jak puszczą z płyty jedną piosenkę, to już sukces. A często nie biorą nic. Po wydaniu naszej ostatniej płyty z Ryszardem Rynkowskim „Zachwyt” usłyszeliśmy w wytwórni płytowej, że główne rozgłośnie oceniły nasze piosenki jako „nieradiowe” i nie będą ich emitować. Dlaczego? „Bo nie przeszły badań”. Myślałem wtedy: Boże, to tyle lat pisaliśmy piosenki radiowe i ludzie chcieli ich słuchać, a teraz piszemy nieradiowe? Przecież to jakiś nonsens!

 

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną