Rozmowa z Jerzym Główczewskim, pilotem dywizjonu 308

Życie na skrzydłach
Rozmowa z Jerzym Główczewskim, ostatnim żyjącym pilotem myśliwca, który walczył na froncie zachodnim – o jego filmowym życiu i planowanym filmie o polskich lotnikach.
Jerzy Główczewski (ur. 1922 r.) W czasie wojny najpierw był w Brygadzie Karpackiej w Afryce, a potem latał jako pilot myśliwca w dywizjonie 308.
Filip Klimaszewski

Jerzy Główczewski (ur. 1922 r.) W czasie wojny najpierw był w Brygadzie Karpackiej w Afryce, a potem latał jako pilot myśliwca w dywizjonie 308.

Niemiecki myśliwiec Focke-Wulf Fw-190, rysunek Jerzego Główczewskiego
Archiwum Jerzego Główczewskiego/Archiwum prywatne

Niemiecki myśliwiec Focke-Wulf Fw-190, rysunek Jerzego Główczewskiego

Jerzy Główczewski
Archiwum Jerzego Główczewskiego/Archiwum prywatne

Jerzy Główczewski

Agnieszka Krzemińska: – Podobno są dwa konkurencyjne scenariusze filmów o dywizjonie 303 i dwaj reżyserzy, którzy chcą je nakręcić. Czy ktoś się do pana zgłaszał z prośbą o konsultacje przy którymś z nich?
Jerzy Główczewski: – Swego czasu podesłano mi scenariusz o bitwie o Anglię napisany przez Anglików pt. „Krucha chwała” i zupełnie mi się nie spodobał. Zaczyna się od sceny, gdy polscy lotnicy przyjeżdżają z Francji i dostają kanapki od Angielek, ale wyrzucają je i żądają wódki. A potem się cały czas ze sobą kłócą i lądują w łóżku z kolejnymi kobietami. Zresztą sam tytuł wydał mi się trochę obraźliwy – udział polskich lotników w drugiej wojnie światowej to nie krucha chwała, tylko granitowa baza, na której powstało trzecie lotnictwo na froncie zachodnim. Innych scenariuszy nie czytałem.

Opisy powietrznych bitew scenarzyści znajdą u Arkadego Fiedlera, ale dobremu filmowi potrzebna jest ciekawa fabuła.
Dlatego jestem pełen obaw, w którą stronę to pójdzie. Chociaż jako pilot dywizjonu 308 żałuję oczywiście, że opowieść ograniczy się tylko do bitwy o Anglię i dywizjonu 303, który stanowił jedynie zalążek, pierwszą grupę pilotów w lotnictwie na Zachodzie, przez które potem przewinęło się prawie 20 tys. Polaków. Nie jestem scenarzystą, tylko świadkiem z bardzo dobrą pamięcią, ale marzy mi się film pokazujący skomplikowane losy kilku bohaterów, którzy z różnych stron świata przyjeżdżali do Anglii i trafiali do lotnictwa. Ja trafiłem tam z Bliskiego Wschodu, ale inni moi koledzy przybyli z Francji, łagrów w Rosji, kopalni złota na Kamczatce, z Paragwaju i Urugwaju, byli też Żydzi uciekający przed Zagładą. Wolałbym zobaczyć film o tym, jak wyglądała ich wędrówka, kto im w niej pomagał, kogo zostawili, a potem – jak wyglądało ich życie w lotnictwie, a nie opowieść o tym, jak się polscy lotnicy upijają, kłócą i zaliczają panienki.

Ale to się dobrze ogląda i jest prawdziwe. W książce „Ostatnia walka: Moje życie jako lotnika, przemytnika i poszukiwacza przygód” Jan Zumbach opisuje, że będąc asem lotnictwa z dywizjonu 303, przemycał diamenty między Anglią a Brukselą, a kłopoty alkoholowe innego asa – Stanisława Skalskiego – także nie są tajemnicą. Anglicy nie lubili ponoć szarmanckich pilotów z Polski, bo cieszyli się większym powodzeniem u kobiet niż oni.
Owszem, z tym że Zumbach to wyjątek, a Skalski rozpił się dopiero w Polsce. Romansów było oczywiście bez liku, sam na szkoleniu w Birmingham poznałem niejaką Ann, której mama, gdy byłem u niej w domu, wzięła mnie na bok i poprosiła, bym po ślubie nie brał Ann ze sobą do Polski. Ponieważ ani w głowie był mi ślub, zaręczyłem, że nie zamierzam jej porywać. Ale chyba najwięcej romansów było w dywizjonach stacjonujących na kontynencie, jak mój 308, który najpierw trafił do Francji, potem Belgii, Holandii i samych Niemiec.

Jednak antypolskie nastroje to nie kwestia romansów. Wszystko zaczęło się po Katyniu, gdy Polaków zaczęto oskarżać o to, że są faszystami, bo występują przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Polacy nie wzięli też udziału w wielkiej paradzie zwycięzców 8 czerwca 1946 r., bo Anglicy nie chcieli się narazić Rosjanom.

To jak zaczęła się ta pana wojenna odyseja?
Od komunikatów w radiu we wrześniu 1939 r., że wszyscy zdolni do służby wojskowej mężczyźni mają udać się na wschód. Miałem 17 lat, ale wsiadłem do samochodu z ojczymem i stryjem, by udać się w tłumie innych chętnych do Lublina, a potem Lwowa, gdzie – jak się okazało – panował tylko chaos i nikt na nas nie czekał. W ostatnim momencie przekroczyliśmy granicę rumuńską i dotarliśmy do Bukaresztu, gdzie przez rok chodziłem do szkoły. Gdy zaczęła się okupacja Rumunii, doszło do ewakuacji 600 Polaków z Bukaresztu do Tel Awiwu. Do dziś jest dla mnie zagadką, kto stał za zorganizowaniem najpierw statku z Konstancy do Istambułu, potem pociągu i statku do Palestyny. Pamiętam dramatyczny wjazd do Hajfy, gdzie przywitał nas tłum emigrantów żydowskich z Polski, wymachujących fotografiami bliskich i pytających, czy ich znamy i wiemy, co się z nimi dzieje. A my przecież nie mieliśmy pojęcia o tych ludziach ani o sytuacji Żydów w Polsce. Dopiero w 1943 r. od mojego kolegi pilota Ludwika Gutmajera, któremu w warszawskim getcie zmarła siostra Eliza, dowiedziałem się o ich dramacie.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj