Po meczu z Realem Madryt wielkiej kompromitacji nie ma. Po Legii nikt się więcej nie spodziewa

Radosny futbol
Jak mawiał klasyk: tak się gra, jak przeciwnik pozwala. A Real pozwalał Legii na wiele. Czy w tym kontekście 1:5 to naprawdę dobry wynik?
Sergio Perez/Forum

Stracić pięć bramek (podczas gdy kolejne wisiały w powietrzu), strzelić jedną (mając też okazje na kolejne) i zasłużyć sobie na pochwały to jest dość niecodzienna sytuacja. Legia Warszawa, mistrz Polski, gra jednak w tym sezonie tak słabo, że poprzeczka oczekiwań wobec jej piłkarzy już właściwie nie wisi, ale leży. Przed meczem z Realem powszechnie spodziewano się kompromitacji, najwięksi pesymiści przebąkiwali o dwucyfrówce, a poważni dziennikarze piłkarscy przekonywali, że tym jednym meczem Cristiano Ronaldo zapewni sobie tytuł króla strzelców bieżącej edycji Ligi Mistrzów.

Ale nieszczęścia się nie skumulowały. 1:5 to nie jest oczywiście wynik, którym należy się chwalić, ale też trzeba zauważyć, że lepsze i bogatsze od Legii zespoły nie potrafiły na stadionie Realu wyjść z własnej połowy. Zresztą gdyby nie banalne błędy w obronie, a przede wszystkim fatalna dyspozycja dwóch pomocników odpowiedzialnych za organizację gry, w tym Tomasza Jodłowca (który jeszcze niedawno, podczas mistrzostw Europy, był pewnym punktem reprezentacji, a teraz dziewięć piłek na dziesięć traci albo po prostu podaje przeciwnikowi pod nogi), straty mogły być nawet mniejsze.

Generalne zaskoczenie po tym meczu polega na tym, że piłkarze Legii nie mieli większych kłopotów z konstruowaniem akcji, a nawet ze strzelaniem na bramkę Realu. Mecz piłkarski to nie jest jednak wdzięczny materiał do wyciągania prostych wniosków, gdyż z faktu, że w meczu z Realem Legia stworzyła więcej sytuacji do zdobycia goli niż w ostatniej ligowej kolejce z Pogonią Szczecin, nie wynika, że jeśli chodzi o grę obronną, to w Szczecinie uczą jej lepiej niż w Madrycie. Piłkarze Realu grają dobrze ponad 50 meczów w sezonie i jeśli można wygrać spacerkiem, to z tego korzystają. Lekceważenie słabszego rywala to jest w futbolu dość powszechne zjawisko. Różnica polega na tym, że gdy potężna (przynajmniej na papierze) Legia lekceważy Termalikę Bruk-Bet Nieciecza, to przegrywa 0:3. Gdy na pół gwizdka gra Real, a Cristiano Ronaldo strzela Panu Bogu w okno, to i tak wychodzi na swoje.

Jeszcze w trakcie meczu ton komentarza był taki, że Legia przyjechała do Madrytu po naukę i bez względu na wynik ten cel osiągnęła. Biorąc jednak pod uwagę to, że w Legii karuzela z piłkarzami kręci się na dużych obrotach, należy spodziewać się, że ci, którzy te wnioski wyciągną, już niebawem mogą się z Warszawą pożegnać i wszystko znów trzeba będzie budować od zera. Zwłaszcza jeśli Legia będzie, jak do tej pory, robić wszystko, żeby przegrać mistrzostwo Polski.

PS Za sukces Legii należy poczytać, że na stadionie chuligani w barwach warszawskiego zespołu nie naruszyli żadnego z zakazów, w związku z czym Legia (tym razem) nie zostanie wykluczona z europejskich pucharów. Do starć z policją doszło jednak przed meczem, w sieci już pojawiły się filmy rejestrujące zdarzenia. Widać na nich bandytów w barwach Legii kopiących policjantów i rzucających w ich stronę kamieniami. Przy odrobinie dobrych chęci można ich zidentyfikować i raz na zawsze wyrzucić ze stadionu przy Łazienkowskiej. To dobry test determinacji władz Legii w walce z patologią, przez którą rewanż z Realem w Warszawie będzie stypą przy pustych trybunach.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną