Zbigniew Boniek raz jeszcze prezesem PZPN, bo nie miał z kim przegrać
Kuriozalność kandydata opozycji przesądziła o wynikach wyborów na prezesa PZPN.
Łukasz Grochala/Forum

Zbigniew Boniek wygrał wybory na prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej, bo nie mogło być inaczej. Z jednej strony był bowiem on, z mocną pozycją zbudowaną statusem wielkiego piłkarza, a ostatnio ojca pomysłu oddania reprezentacji w ręce Adama Nawałki, co zaowocowało ćwierćfinałem piłkarskiego Euro. Natomiast z drugiej Józef Wojciechowski, szef jednej z największych firm deweloperskich w kraju, który nie tak dawno wcielając w życie autorski pomysł na zarządzanie klubem, zostawił Polonię Warszawa na skraju przepaści, gdzie jego równie nieudolni następcy wreszcie skutecznie ją wepchnęli.

Wykreowanie na sternika polskiej piłki człowieka, który w klubie piłkarskim rządził przez chaos i który na dodatek ma czelność wytykać Bońkowi, że nie dba o interesy klubów, to pomysł osobliwy. Architektami tej kandydatury byli Cezary Kucharski, znany ostatnio jako agent Roberta Lewandowskiego, oraz Radosław Majdan, znany ostatnio jako mąż swojej żony, znanej kiedyś jako perfekcyjna pani domu, a obecnie aktywnej w innym celebryckim wcieleniu.

Kucharski Bońka nie znosi, przez jakiś czas wydawało się, że sam rzuci mu wyzwanie, ale najwidoczniej uznał, że nie ma szans. Więc postanowił załatwić porachunki za pomocą Wojciechowskiego. Poznanie logiki dowodzącej, że jest to kandydat ma miarę Bońka, byłoby swoją drogą ciekawe.

Kandydatura Wojciechowskiego była tak kuriozalna, że nawet jego sztab nie wierzył w sens reklamowania konstruktywnego programu. Więc taktykę wyborczą oparto najpierw na przekonywaniu wszem wobec, że kandydat Boniek nie ma prawa ubiegać się o reelekcję, bo nie jest zameldowany w Polsce, a następnie na podważaniu metody głosowania na zjeździe, dowodząc, że nie gwarantuje ona tajności, więc Boniek będzie się mścił. Gdy obecni na zjeździe uznali przygniatającą większością głosów, że nie mają nic przeciwko owej metodzie, Wojciechowski się obraził i opuścił wybory, budząc konsternację nawet u swoich zwolenników.

To było zwieńczenie tej awanturniczej kandydatury. Boniek nie został zmuszony do żadnego wysiłku, nie musiał silić się w bitwie na argumenty, nie został poddany intelektualnemu sprawdzianowi, broniąc swojej wizji kierowania polską piłką albo punktując program rywala. Z punktu widzenia tzw. terenu, który na zjeździe głosuje, Boniek okazał się bezkonkurencyjny i wygrał z miażdżącą przewagą. Również dlatego, że było to głosowanie przeciw Wojciechowskiemu.

Teraz zobaczymy, czy to jednoznaczne zwycięstwo utwierdzi go w przekonaniu o własnej wielkości i piarowa maszyna pracująca na konto obecnych władz PZPN uderzy ze zdwojoną siłą. Czy jednak Boniek pochyli się nad faktem, że smak szampana, w którym kąpie się pierwsza reprezentacja, jest na dole piramidy nieodczuwalny? Bo trzymanie się argumentu, że kluby to samodzielne byty i muszą sobie radzić na własną rękę (niezależnie od milionów pęczniejących na koncie PZPN), brzmi w ustach prezesa PZPN, z definicji ojca dobrodzieja polskiego futbolu, dość dziwnie.

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną