Sztangista Adrian Zieliński walczy o szybszy powrót do sportu

Ciężary kary
Adrian Zieliński walczy o dobre imię. Dowodem niewinności złapanego na dopingu mistrza olimpijskiego ma być zanieczyszczona odżywka niewiadomego pochodzenia.
Adrian Zieliński uważa, że biorąc pod uwagę jego dokonania, bezkompromisowe postulowanie dla niego czterech lat rozbratu ze sportem jest nie fair.
Marek Dembski

Adrian Zieliński uważa, że biorąc pod uwagę jego dokonania, bezkompromisowe postulowanie dla niego czterech lat rozbratu ze sportem jest nie fair.

Każdy wynik powyżej 2,5 nanogramów nandrolonu na mililitr moczu oznacza doping. Adrian miał 4,1. Tomasz – 12. Na fot. Tomasz Zieliński.
Jay the Expat/Wikipedia

Każdy wynik powyżej 2,5 nanogramów nandrolonu na mililitr moczu oznacza doping. Adrian miał 4,1. Tomasz – 12. Na fot. Tomasz Zieliński.

audio

Audio Polityka Marcin Piątek - Ciężar kary

Gdyby Adrian Zieliński był w tej chwili nie na dopingowym zakręcie, ale na sportowej prostej, jego życie toczyłoby się utartymi koleinami: zgrupowania, starty, przygotowania do listopadowych mistrzostw świata w Anaheim, gdzie walczyłby o swój czwarty medal na tej imprezie. W ciężarowym świecie przyznawany od ręki albo poniewczasie, jak to było z jego dwoma poprzednimi krążkami – srebrnym i brązowym – które otrzymał dopiero po tym, jak poprzednich medalistów pozbawiono glorii i chwały za dźwiganie na sterydach. Jako dopingowicz Adrian nie ma jednak wstępu na pomost.

Sportową próżnię wypełnia regularnymi wizytami na siłowni w celach zdrowotnych, bo – jak mówi – przyzwyczajone do olbrzymiego wysiłku serce mogłoby się w razie bezczynności zbuntować, jak również motywowany rozmiarami prywatnej garderoby oraz dbałością o sylwetkę, najpierw z myślą o ślubie, a obecnie o wakacyjnej prezencji. – Całe dorosłe życie miałem podporządkowane celom sportowym. Ponieważ teraz ich zabrakło, szukam substytutów, ale i tak czuję się jak pies na łańcuchu – mówi. Poświęca się rodzinie – pomaga żonie Iwonie, która prowadzi zajęcia z crossfitu, opiekuje się 10-miesięczną córką. Wreszcie znajduje czas dla znajomych, których ma niewielu, ale za to na dobre i na złe.

Od ciężarowego środowiska się odciął. – Zawsze trzymałem się z boku. Jestem bliżej tylko z kilkoma osobami – mówi. Na pomoście jest gotów stanąć w każdej chwili, a powrót do najwyższej formy zabrałby mu, uważa, co najwyżej rok.

Bracia poza limitem

Adrian i jego młodszy brat Tomasz prawie rok temu lecieli na igrzyska do Rio de Janeiro z medalowymi aspiracjami (Adrian bronił złota z Londynu), jak również z przekonaniem, że są czyści. Ale w Brazylii wybuchła afera: w ich organizmach wykryto nandrolon, steryd wzmacniający mięśnie i podnoszący odporność na ból. Nandrolon jest wprawdzie produkowany przez organizm, ale sportowcom go mało, więc sięgają po syntetyk. Wśród sztangistów cieszy się wzięciem. Na nandrolonie wpadali wcześniej Marcin Dołęga, Szymon Kołecki, Marzena Karpińska. Każdy wynik powyżej 2,5 nanogramów na mililitr moczu oznacza doping. Adrian miał 4,1. Tomasz – 12.

Na wieść o pozytywnym wyniku testu bracia zareagowali niedowierzaniem. Adrian mówi, że płakał, bo zrozumiał, że wali mu się świat. Jak mantrę powtarzał, że jest niewinny i nie ma pojęcia, jak mogło dojść do przekroczenia limitu. Tomasza przyłapano na igrzyskach, więc zajęły się nim światowe władze podnoszenia ciężarów. Kara czteroletniej dyskwalifikacji wisi w powietrzu, nie wiadomo, czy będzie się odwoływał do ostatniej sportowej instancji, czyli Międzynarodowego Trybunału Arbitrażowego w Lozannie. Marek Kaczmarczyk, rzecznik prasowy Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów, mówi, że Tomasz to introwertyk, typ samotnika. Po igrzyskach zamknął się w czterech ścianach, dopiero po jakimś czasie wyszedł do ludzi. Jako zawodnik zawieszony nie ma oficjalnie wstępu do ciężarowego klubu. Po cichu pewnie mógłby gdzieś trenować, ale na razie o ciężarach nie myśli. Kupił sklep motoryzacyjny, lada moment chce ruszyć z biznesem.

Adrian twierdzi, że żyje z odsetek od swoich sukcesów na pomostach. Na razie mu wystarcza. Ma poczucie, że powinno się z tych medali wycisnąć więcej, jednak po złocie w Londynie sponsorzy nie byli zainteresowani wizerunkiem mistrza. – Przespałem moment eksplozji Facebooka. Kto tam nie zaistniał, nie potwierdził swojej popularności tysiącami polubień, ten dla sponsora nie istniał. Olimpijskie złoto nie miało znaczenia – uważa Zieliński. Jest zdziwiony, ale zła sława przydała mu popularności. – Obawiałem się ostracyzmu, ataków. Tymczasem obcy ludzie mnie pozdrawiają, proszą o autograf, wciskają na ręce dzieci do zdjęć. Nawet po Londynie tego nie było.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną