Oto pułapki czekające na kupujących w internecie

Klient i klika
W sieci kupujemy coraz częściej i więcej. Sądzimy, że potrafimy przechytrzyć sprzedawców, ale zwykle tylko nam się tak wydaje.
Centrum dystrybucji przesyłek firmy Amazon.
Ralph Freso/Reuters/Forum

Centrum dystrybucji przesyłek firmy Amazon.

Brak mobilnej wersji strony internetowej to grzech i zaniedbanie, które klient szybko wyłapie i publicznie wytknie.
GaudiLab/PantherMedia

Brak mobilnej wersji strony internetowej to grzech i zaniedbanie, które klient szybko wyłapie i publicznie wytknie.

Ze swobodą zakupów jest w internecie jak z prywatnością – to jeszcze jedna wirtualna iluzja, współczesna utopia.
maxxyustas/PantherMedia

Ze swobodą zakupów jest w internecie jak z prywatnością – to jeszcze jedna wirtualna iluzja, współczesna utopia.

audio

AudioPolityka Aleksandra Żelazińska - Klient klika

Bez wychodzenia z domu da się umeblować i urządzić mieszkanie, najeść do syta, ubrać od stóp do głów, uzupełnić bibliotekę, wykupić wycieczkę i złapać tani lot. Schowane w chmurach serwisów streamingowych albumy z muzyką, filmy i seriale są dostępne od zaraz i prawie bez ograniczeń. Ale przez internet zapłacimy też za przedmioty i usługi, które trudno ująć w kategorię „artykuły pierwszej potrzeby”. Czyli gadżety kolekcjonerskie i sentymentalne, białe kruki, rzeczy rzadkie i dziwaczne, budzące uśmiech, zgrozę lub odrazę. W sieci powstają już sklepy, które mają w ofercie wyłącznie rzeczy tyleż dziwne, co nieprzydatne. Na przykład WeirdShitYouCanBuy ze sprośnościami, jak miętówki w kształcie penisów, i osobliwościami, jak piżama z głową jednorożca i nadmuchiwana peruka.

Okolice wyprzedaży – jak Black Friday (Czarny Piątek, w tym roku 24.11) i nadchodzący po nim Cyber Monday (27.11 – poniedziałkowe święto promocji w handlu elektronicznym) – to czas największych żniw. Bo specjaliści od e-commerce staranniej odrobili pracę domową. Są coraz lepiej zorientowani w tym, czego właśnie nam trzeba, i we właściwym momencie podsuwają nam to pod nos. Wynajdują też coraz sprytniejsze sposoby, żeby przekonać do zakupów jeszcze nie w pełni nieprzekonanych.

Sklep poszedł do klienta

20 lat to dla internetu jak lata świetlne. Pierwszą wirtualną transakcję przeprowadzono długo po tym, jak wysłano pierwszy mail. Oto scena w klimacie serialu o latach 90.: w 1994 r. Daniel M. Kohn, 21-letni właściciel witryny NetMarket, sprzedał internaucie z Filadelfii płytę Stinga „Ten Summoner’s Tales” za 12,48 dol. (dziś do kupienia, o dziwo, w dość podobnej cenie). „New York Times” już dzień później zanotował, że to zdarzenie, które przejdzie do historii (tak jak tytuł felietonu: „Attention Shoppers: Internet Is Open”). Publicysta Peter H. Lewis nie mógł się nadziwić, że wirtualny pieniądz znaczy tyle samo co zielony banknot w dłoni. Dziś założenia tego procederu wydają się naiwne – sądzono, że transakcje z użyciem karty kredytowej nie tyle ułatwią zakupy, ile ochronią prywatność. Dane w sieci miały być zaszyfrowane, tj. zabezpieczone przed ewentualnymi kradzieżami i pokusą inwigilacji, jak zapewniał Kohn. Nie przewidział, że wkrótce będą starannie gromadzone i coraz chytrzej wykorzystywane do tworzenia idealnych ofert „pod klienta” w internecie.

Trochę wody musiało jeszcze upłynąć, zanim e-commerce trafił pod strzechy. Sam Shank, współzałożyciel strony Hotel Tonight oferującej atrakcyjne noclegi last minute, dzieje e-handlu podzielił na z grubsza cztery etapy. Z początku wirtualne transakcje przeprowadzali wewnętrznie pracownicy różnych firm – i to była pierwsza fala zjawiska. Kluczowa, bo na dobre pożeniła biznes z internetem (rynek transakcji B2B – business-to-business – jest dziś nawet większy niż wymiana między firmą a klientem). Druga fala wciągnęła w tę zabawę regularnych użytkowników sieci, coraz śmielej zlecających przelewy. Z trzecią falą nadeszła era urządzeń mobilnych i transakcji kontrolowanych także za pomocą smartfonów i tabletów. Czwarta fala, która właśnie nas zalewa, usuwa z równania stacjonarny komputer albo laptop. Transakcje przeprowadza się już przez telefon w czasie rzeczywistym i z natychmiastowym efektem. Zasada mobile first – najpierw myśl o telefonie – obowiązuje tak internetowych wydawców, jak sprzedawców. Brak mobilnej wersji strony internetowej to grzech i zaniedbanie, które klient szybko wyłapie i publicznie wytknie.

Z wyścigu nikt raczej nie chciałby wypaść, bo to najprężniej rozwijający się segment rynku na świecie. Już teraz jego wartość sięga 23,4 bln dol. W 2020 r. – według szacunków firmy analitycznej eMarketer – dobije do 27,7. Rodzimy rynek e-commerce to według wyliczeń Gemius Polska ok. 36–40 mld zł. Tylko w tym roku 54 proc. Polaków przyznało, że kupiło coś w sieci. Przy czym na arenie międzynarodowej Polska nadal jest graczem drugoligowym – uważają analitycy z firmy Forrester – co oznacza, że rozrastające się firmy nie traktują nas wprawdzie priorytetowo, ale widzą w nas potencjał. To pewnie jeden z wielu powodów, dlaczego Amazon wciąż do Polski nie zawitał, mimo że od lat się o tym mówi. Swoje odczekał też Netflix (przypomnijmy: ekspansję na świecie zaczął w 2010 r., do Polski dotarł rok temu).

Towary nas śledzą

Swoją witrynę protoplasta Daniel M. Kohn nazywał jeszcze „wirtualnym centrum handlowym”. I tak to właśnie wyglądało, zanim proste serwisy aukcyjne, sklepy internetowe i media społecznościowe wyewoluowały w inteligentne platformy próbujące odgadnąć, czego nam potrzeba i ile bylibyśmy skłonni za to zapłacić. Sieć z dystansu wygląda jak magazyn treści, przeładowany literami i zdjęciami. Ale od kulis to magazyn danych i towarów.

Tradycyjna reklama – np. w telewizji – wykorzystuje slogan i przekaz podprogowy, nie tylko prezentując produkt od najlepszej strony, ale i budząc różne pozytywne skojarzenia. Reklama w sieci ma dla odmiany własne sztuczki i narzędzia. Skuteczniejsze, bo niczego nie musi się domyślać, a korzysta z tego, co podajemy jej na tacy. Zettabajty danych, które płyną bez przerwy kanałami internetu, dla ekspertów od e-commerce są niezłym polem do obserwacji i badań, ale i gigantycznym wskaźnikiem zmieniających się trendów i mód. Na podstawie naszych upodobań, historii wyszukiwania w przeglądarce i danych osobistych, takich jak płeć, wiek, praca czy wykształcenie, sieć błyskawicznie ustala, kim jesteśmy, jak zasobny jest nasz portfel i jakie są nasze nawyki zakupowe. Inteligentny algorytm robi z tego taki użytek, jaki uznaje za sensowny. Łatwo zauważyć, że gdy spędzimy chwilę w wirtualnym sklepie z butami, oglądamy je potem nieustannie w różnych zakątkach internetu, i to niezależnie od tego, czy zrobiliśmy już zakupy czy jeszcze nie. W internecie klientem jest się zawsze.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną