Ludzie i style

Na restarcie

Jak olimpijki wracają na start po groźnych wypadkach

Karolina Riemen-Żerebecka Karolina Riemen-Żerebecka Grzegorz Momot / PAP
Olimpijki Karolina Riemen-Żerebecka i Natalia Czerwonka opowiadają o tym, jak sport mógł im zabrać życie i jak uratował zdrowie.
Natalia CzerwonkaSoeren Stache/Actionplus/DPA/PAP Natalia Czerwonka

Narciarka Karolina Riemen-Żerebecka: dwa lata w cztery miesiące

Igrzyska w Pjongczang? W mediach żyje już opowieść z bajkową puentą: 9 miesięcy temu dziewczyna miała sparaliżowaną połowę ciała, teraz szykuje się do startu na igrzyskach, a tam przecież wszystko jest możliwe! Tymczasem brutalna prawda jest taka, że ostatni miesiąc był fatalny: chorowałam, pogoda kaprysiła, nie zawsze dało się trenować. Tydzień temu wystartowałam w oficjalnych zawodach po raz pierwszy od wypadku. Nie dojechałam do mety – wywrotka. Prawa strona ciała wciąż jest słaba. Nie czarujmy się: sam start w Pjongczang będzie osiągnięciem.

Jestem jedyną Polką, która zawodowo uprawia ski cross, czyli zjazd po torze z przeszkodami. Zaczynałam od narciarstwa alpejskiego, bawiłam się też w ewolucje na nartach zjazdowych, głównie skoki. To były dwa odmienne światy. Narty alpejskie to śmiertelna powaga, spięcie, fiksacja na punkcie wyniku. A freeskiing to taki plac zabaw dla narciarzy: totalny luz i dobra atmosfera. Więc gdy tylko dowiedziałam się, że do programu igrzysk wchodzi ski cross, pomyślałam: to jest to! Byłam wtedy nastolatką, przez myśl mi nie przeszło, że to może być niebezpieczne. Poza tym tata, ratownik lawinowy z TOPR, wychował mnie, jedynaczkę, na odważną dziewczynę. Jako dziecko zjeżdżałam z nim z Kasprowego, często jeździliśmy poza trasami, do tego spadochron, motocross, wspinaczka, wyścigi rowerem górskim. Jak to mówią: jest ryzyko, jest zabawa.

Poprzedni sezon był dla mnie przełomowy. W klasyfikacji generalnej Pucharu Świata zajęłam ósme miejsce, na zawodach w Arosie byłam druga, przegrałam tam tylko z mistrzynią olimpijską z Soczi Marielle Thompson. Czułam się mocna, na mistrzostwa świata do Sierra Nevada jechałam, żeby powalczyć o medal. Ale skończyły się one dla mnie na pierwszym treningu: jadąc dobrze ponad 100 km na godzinę, zahaczyłam o bramkę, wyleciałam w powietrze, obróciło mnie, w końcu plecami i głową uderzyłam o przeciwległe wzniesienie.

W szpitalu w Granadzie wprowadzono mnie w śpiączkę, żeby ustabilizować stan. Konsekwencją wypadku był paraliż prawej strony ciała. Nogą byłam w stanie poruszyć cztery dni po wypadku. Ręką – miesiąc. Obrzęk mózgu uciskał nerwy mięśni oka. Z trudem mówiłam. Błędnik wariował. W szpitalu w Warszawie, do którego przetransportowano mnie samolotem medycznym, usłyszałam od lekarza, że wychodzenie na prostą potrwa dwa lata. O ile się uda.

O powrocie do sportu nie myślałam w ogóle. Bałam się, że nie będę normalnie funkcjonować. Że nie będę w stanie się ubrać, uczesać, umyć zębów, że oko już zawsze będzie zezować. Trzy miesiące byłam na emocjonalnej huśtawce. Wpadałam w doły, z których wyciągali mnie bliscy. Na szczęście podczas rehabilitacji cały czas był postęp. Najdłużej – cztery miesiące – trwała walka o funkcje prawego oka. Pierwszą myślą po przebudzeniu każdego dnia było: czy wreszcie widzę normalnie?

Polski Związek Narciarski załatwił mi pobyt w krakowskim szpitalu św. Rafała, gdzie specjalizują się w pracy ze sportowcami po ciężkich urazach. Fizjoterapeuta Marek Migdał wpadł na pomysł, by oprzeć terapię na elementach treningu narciarskiego, zwłaszcza na ćwiczeniach, które lubię. Stanowiłam osobliwy widok: wiosna w pełni, a ja w butach narciarskich i z kijkami pod pachą ćwiczę na szpitalnym korytarzu z użyciem specjalistycznego sprzętu. Ale okazało się, że to był świetny bodziec psychiczny. A organizm, zahartowany treningami, regeneruje się w zadziwiającym tempie.

Wtedy chyba zaczęłam myśleć, że powrót do sportu nie jest wykluczony. Bo co miałabym robić zamiast? Jedyne, co przychodzi mi na myśl, to praca trenerki. Tylko że wciąż mam swoje sportowe marzenia, których nie dogoniłam. Czy obawy są słuszne, czy ski cross jest niebezpieczny? Startujemy na tych samych trasach co mężczyźni, nie ma żadnej taryfy ulgowej. W ostatnich latach trasy poszerzano, głównie z myślą o widowiskowości, o wyprzedzaniu. Ale nie szło to w parze z poprawą bezpieczeństwa. Sondowano wprawdzie nas, zawodników, w kwestii budowy torów i miejsca, które wskazywaliśmy jako te, które budzą w nas obawy, faktycznie przebudowywano. Dopiero nieszczęście Anny Holmlund (brązowej medalistki igrzysk w Soczi; po wypadku podobnym do tego, jaki miała Karolina, nie odzyskała sprawności, porusza się na wózku inwalidzkim – red.) i potem mój wypadek sprawiły, że nasze uwagi zaczęto traktować poważnie.

Ślady w psychice? Na razie nie widzę. Nie czułam żadnych obaw przed ponownym ściganiem się. Ale ski cross to bezkompromisowa narciarska specjalność. Wyścig trwa mniej więcej półtorej minuty, od początku trzeba agresji, stanowczości, parcia do przodu. Dobrze jest się na starcie zdenerwować, pobudzić. Mnie tymczasem tego trochę brakuje, mam raczej łagodne usposobienie. Ale to tylko szczegół, muszę wrócić do odpowiedniej formy fizycznej, bo dwa miesiące leżenia w łóżku zrobiły swoje.

Łyżwiarka Natalia Czerwonka: w gipsowej zbroi

Byłam ze stali. Koleżanki z kadry miały za sobą ciężkie kontuzje, typowe dla panczenistów: zerwane więzadła w kolanie, zerwane ścięgna Achillesa, problemy z biodrem. A ja nic. Ale mój wypadek mógł być jednocześnie pierwszym i ostatnim. Podczas treningu rowerowego w okolicach Spały zderzyłam się z ciągnikiem. Lekarze powiedzieli mi, że przed śmiercią uratowały mnie mięśnie wzmocnione latami treningów.

Jak można nie zauważyć traktora stojącego na niemal pustej, prostej jak strzała drodze? Nie mam pojęcia. Tego dnia jeździłam sprinterskie odcinki – od jednego do trzech kilometrów. W tej pechowej próbie chciałam dać z siebie wszystko, osiągnąć maksymalne zakwaszenie mięśni. Samego wypadku nie pamiętam. Ocknęłam się w karetce. W chwili uderzenia jechałam ponad 50 km na godzinę.

Trafiłam do szpitala w Łodzi. Przyjechali rodzice. Odcinali mnie od złych informacji. Od pierwszych diagnoz, po których cierpnie skóra, a wcale nie muszą się sprawdzić. Tata kręcił się po parkingu, palił jednego za drugim i płakał. Płakał, bo usłyszał od lekarzy, że mam złamane trzy kręgi piersiowe, złamaną kość potylicy i grozi mi zespolenie kręgosłupa z czaszką. Czyli że już nigdy nie będę w stanie ruszyć głową. Trwała niepełnosprawność. Lekarze powiedzieli mi potem, półżartem, że w takich przypadkach ustawiają człowieka na całe życie: głowa do góry albo głowa w dół.

Po czterech dniach okazało się jednak, że kanał rdzeniowy jest szeroki, a kręgi mają dość miejsca, by się odbudować. Posadzono mnie, żeby sprawdzić, czy jestem w stanie samodzielnie oddychać. Mogłam. Założono mi trzy gorsety: szyjny, piersiowy i jeszcze jeden, taki dziwny, oplatający czoło i połączony z tyłu z tym szyjnym. Wyglądałam jak w gipsowej zbroi. Nienawidziłam jej, nie mogłam się doczekać, aż ją zdejmę. Najszybciej pozbyłam się gorsetu z głowy, a gdy tylko doktor Mariusz Banach z krakowskiego szpitala św. Rafała powiedział, że do snu mogę ściągać również ten piersiowy, uznałam, że w ciągu dnia też nie muszę go nosić. Cóż… zawodowi sportowcy to nie są łatwi pacjenci.

Rehabilitacją był trening przygotowujący do powrotu na lód. Jeszcze nosząc gorset, wsiadłam do blablacara i pojechałam 600 km z Lubina do Białegostoku, do mojego kolegi Kuby Jaworskiego, który ułożył mi plan treningowy. Siłownia, rower. Już w październiku wystartowałam w pierwszych zawodach rowerowych. Po dwóch kilometrach wywróciłam się, jadąc około 50 km na godzinę. W karetce poprosiłam sanitariusza o telefon, żeby zadzwonić do rodziców, którzy stali gdzieś na trasie. Zdziwił się: Czemu to dla pani takie istotne? Przecież skończyło się na potłuczeniach i zdartej skórze. Mówię mu: Wie pan, cztery miesiące wcześniej złamałam kręgosłup i jeśli mnie nie zobaczą wśród jadących, umrą z niepokoju. Gdy wysiadłam z tej karetki, śmiałam się ze szczęścia, w ogóle nie czułam bólu krwawiącej nogi. Zrozumiałam, że kręgosłup właśnie przeszedł crash test.

Wypadek zdarzył się pół roku po tym, jak na igrzyskach w Soczi razem z dziewczynami zdobyłam srebro w wyścigu drużynowym. To szczęście w nieszczęściu, bo miałam zapewnione stypendium olimpijskie niezależnie od wyników. Był za to problem z ubezpieczeniem – okazało się, że polisa wykupiona przez Polski Związek Łyżwiarstwa Szybkiego nie obejmuje czasu poza zgrupowaniami, a wtedy w Spale trenowałam na własną rękę. Gdybym wiedziała, że jest taka luka, sama bym się ubezpieczyła. A tak zostałam na lodzie. Plusem było zwiększenie świadomości innych sportowców – gdy moja dobra koleżanka Patrycja Maliszewska złamała nogę na zawodach w Montrealu, miała kompletną polisę i nawet leczenie w Kanadzie nie było problemem. No, ale źle ją tam poskładali, w Polsce trzeba było wszystko naprawiać.

Ten czas, kiedy dochodziłam do siebie, był trudny, bo ludzie ze środowiska nie wykazywali specjalnego zainteresowania. To ta sama brutalność sportu, która objawia się przy wynikach – gdy je masz, wszyscy klepią cię po plecach, a gdy nie – trudno znaleźć pomocną dłoń. Miałam problemy z otrzymaniem orzeczenia o dopuszczeniu do treningów i startów, tzw. zdolności sportowej. W końcu pojechałam do lekarza z Centralnego Ośrodka Medycyny Sportowej i nakrzyczałam na niego, żeby się nie ociągał z wystawieniem tego orzeczenia, bo biorę udział w zawodach rowerowych, kręgosłup wytrzymał poważny upadek, więc chyba najlepiej wiem, że nic mi nie grozi. Wystawił, ale co miesiąc musiałam je odnawiać.

Za lodem tęskniłam strasznie. Jeszcze nie w pełni sił pojechałam na zawody Pucharu Świata do Berlina. Żeby być z dziewczynami, pokibicować im, poczuć atmosferę. Założyłam łyżwy, chciałam podczas treningów zrobić parę kółek. Ale jeden z naszych działaczy kazał mi natychmiast schodzić z tafli, bo nie mam pozwolenia na starty. Czy mam do kogoś żal? Nie. Każdy ma swoje cele i swoje priorytety, za którymi goni.

W końcu wróciłam, z wynikami nie dało się dyskutować. Miło wspominam pierwszy sezon. Niczego nie musiałam udowadniać, startowałam bez presji. Byłam szczęśliwa, że stoję na łyżwach, że mogę kręcić kółka na torze. Ale ten okres ochronny się skończył, nie jestem już tą Natalią, która cudem przeżyła zderzenie z traktorem, ale czołową polską panczenistką, członkinią kadry, od której się oczekuje i wymaga. Sama od siebie wymagam, start na igrzyskach w Pjonczang zobowiązuje, chociaż nie ma co kryć, że coś się u nas zacięło. Ale może odblokujemy się w samą porę, jak osiem lat temu na igrzyskach w Vancouver.

wysłuchał Marcin Piątek

Polityka 3.2018 (3144) z dnia 16.01.2018; Ludzie i style; s. 74
Oryginalny tytuł tekstu: "Na restarcie"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Jak pokroić morze? Przybywa chętnych na kawałek Bałtyku. A rybakom wiatr w oczy

To tylko złudzenie, że na Bałtyku jest bezmiar przestrzeni. Jest coraz ciaśniej i coraz więcej chętnych, którzy chcą wyrwać kawałek morza dla siebie.

Ryszarda Socha
24.01.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną